Obserwując to, co się dziś dzieje, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że taką naczelną zasadą przyświecającą wielu polskim urzędnikom staje się raczej ta często powtarzana w PRL, a przypisywana stalinowskiemu prokuratorowi Wyszyńskiemu: „dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie". Próba jej odrzucenia wywołuje urzędniczy jazgot. Taki, jaki powstał wokół nowego prawa o działalności gospodarczej zaprojektowanego przez resort Janusza Piechocińskiego, a mającego być swoistą konstytucją dla przedsiębiorców.
Ustawa kończy, przynajmniej formalnie, z urzędniczym widzimisię podczas kontroli firm. Jak na konstytucję przystało – zapewnia jedno z podstawowych praw: domniemanie niewinności. To, że w przypadku niejasnych przepisów, będą one interpretowane na korzyść przedsiębiorcy.
Na razie interpretacja jest dowolna, czyli w praktyce zawsze jest niekorzystna dla kontrolowanego. Tym samym planowana zmiana kieruje nas na powrót w stronę cywilizacji łacińskiej, a w kierunku przeciwnym niż azjatyckie stepy.
I to się urzędnikom nie podoba. Zasada rozstrzygania wątpliwości na korzyść przedsiębiorców? Do tego dopuścić nie można!
Bo przecież do tej pory prawo było wyłącznie dla nich. Oni przecież też mieli swoją niepisaną konstytucję. To wynaturzenia biurokracji według charakterystyki Maxa Webera: koncentrowanie się tylko na interesie własnym, a nie ogółu; nakierowanie tylko na samych siebie; porzucenie misji, dla której w ogóle się działa. Bo przecież urząd jest po to, by ściągać pieniądze, a przedsiębiorca po to, by być podejrzanym.