Zapowiedź ta jest być może w roku wyborczym dla rządzących politycznie bezpieczna, ale dla projektu zabójcza.
Inwestorzy prywatni, którzy wedle planów skarbu mieliby wyłożyć połowę kapitału na Nową Kompanię Węglową, raczej nie stawią się tłumnie z gotówką. Bo nie dość, że przedsięwzięcie ryzykowne, to jeszcze doświadczenia z przeszłości złe. Brak końcowego akordu w postaci pełnej prywatyzacji utrzymał prymat polityki i związków w branży i zniweczył owoce udanego programu ratunkowego zainicjowanego przez rząd Jerzego Buzka.
W tej sytuacji na nową firmę górniczą będą musiały się w większym stopniu zrzucić – oczywiście „dobrowolnie" – państwowe firmy. A to ograniczy ich zdolność do inwestowania w okresie rozkręcającej się koniunktury.
Także z powodów politycznych przesunięta na koniec czwartego kwartału jest restrukturyzacja załóg górniczych. Nie ma przecież dobrego czasu na wylanie kogoś z pracy, tym bardziej przed wyborami do Sejmu... Po wyborach też wprowadzone zostaną zmiany organizacyjne, jak choćby sześciodniowy tydzień pracy. Pozwoli on lepiej wykorzystać maszyny, ale wymaga zmiany układu zbiorowego, co będzie trudne z powodu ograniczenia dochodów załóg z nadgodzin.
Cokolwiek by jednak mówić o czynnikach ryzyka projektu ratunkowego, trzymam patriotycznie kciuki za jego powodzenie. Jeśli w 2017 r. zgodnie z planem nowa firma stanie się zyskowna, pilotujący tę mission impossible wiceminister skarbu Wojciech Kowalczyk (zbieżność nazwisk przypadkowa – w Polsce jest 97 tys. Kowalczyków) dostanie medal, choć na Śląsku będzie pewnie znienawidzony.