Rozwiązań pośrednich, wskutek których odzież znanych projektantów ląduje w wielkich koszach przy kasach w Biedronce czy Lidlu, kompletnie nie pojmuję.

I bardziej nie potrafię tu rozgryźć projektantów niż kupujących. Bo o ile mogę jeszcze zrozumieć u statystycznego Polaka chęć kupienia „markowej" torebki od „markowego" projektanta za cenę z Rossmanna zamiast jakiejś bardziej przystającej do butików z warszawskiej ulicy Mokotowskiej (wszak jesteśmy znani z tego, że wolimy taniej niż lepiej), o tyle nie rozumiem, jaką korzyść ma z tego sam projektant. Oczywiście finansową, bo gadżety wystawione w koszach przy kasach w ogólnopolskich sieciach handlowych na pewno sprzedadzą się liczniej niż w pojedynczym stołecznym butiku. Ale taki sposób sprzedaży przecież uderzy w wypracowywaną przez lata markę projektanta, wymyśloną jako produkt z wyższej półki.

Bardziej już rozumiem partnerstwa wielkich domów mody i projektantów z odzieżowymi sieciówkami w rodzaju H&M albo Reserved – tam swoje gusta modowe kształtują młodsi fani mody, którzy dzięki takim akcjom mogą się zainteresować modą z wyższej półki, a w przyszłości aspirować do zakupów w autorskich butikach. Przy współpracy z dużą siecią tanich marketów luksusowy dom mody czy projektant od początku idzie na kompromisy, które stoją w sprzeczności z tym, w co przez lata inwestował, rozwijając własny biznes: projektuje dla mas, a więc dla każdego i nikogo jednocześnie, używa materiałów, które pozwolą się takiej masowej produkcji zwrócić, a do tego – chce czy nie – przykleja się do niego łatka projektanta dóbr z koszy w supermarketach. Klient może rzeczywiście czasem chce polizać cukierek przez papierek, ale czy jeśli już jest się mleczną czekoladą z orzechami, warto owijać się w sreberko wyrobu czekoladopodobnego?