Po śmierci Elżbiety Pendereckiej, która Festiwal Beethovenowski stworzyła i przez lata prowadziła, decydując właściwie o wszystkim, pojawiły się pytania o przyszłość. Po obecnej 30. edycji, która w Wielki Piątek dobiegnie końca, wiadomo, że trwa, choć nie we wszystkim jest dokładnie taki sam jak kiedyś.

Wśród tegorocznych plusów wymienić trzeba bardzo dobrą frekwencję. Na niemal wszystkich 15 koncertach warszawskich sale były pełne. Jest to tym bardziej godne podkreślenia, że organizatorzy ograniczyli liczbę wydawanych zaproszeń, kierując więcej biletów do sprzedaży. Festiwal Beethovenowski jest zatem potrzebny, ma publiczność i musi dbać, by tak było nadal.

Czytaj więcej

Andrzej Giza: Dziedzictwo Pendereckich, kontynuacja z dodatkiem ewolucji

Festiwal, którym kieruje obecnie Andrzej Giza, jest rozpoznawalną marką. Dawni sponsorzy pozostali, przybyli w tym roku nowi, zapowiadając, że pozostaną na następne lata. Cieszy się także wsparciem ambasadorów obecnych w Polsce, co choć nie przekłada się na konkretne pieniądze, pomaga w kontaktach z artystami i sprzyja promocji samej imprezy.

Gwiazdy: Arabella Steinbacher i Vadim Gluzman

Nikła była natomiast obecność artystów samym nazwiskiem przyciągających publiczność, takich jak skrzypaczka Arabella Steinbacher, a zwłaszcza Vadim Gluzman, który poezją nasycił koncert skrzypcowy Brahmsa. Był recital irlandzkiego pianisty Barry’ego Douglasa, który wystąpił na pierwszym Festiwalu Beethovenowskim w Krakowie w 1997 r. i przez lata był związany artystycznie z Elżbietą i Krzysztofem Pendereckimi.

Festiwalowy recital Barry'ego Douglasa

Barry Douglas

Festiwalowy recital Barry'ego Douglasa

Foto: Bruno Fidrych

Festiwal mocniej za to postawił na nowe nazwiska. Z kierowaną przez siebie orkiestrą symfoniczną Liechtensteinu przyjechał Dawid Runtz, o którego zagranicznych dokonaniach niewiele wiemy w Polsce. Zadebiutowała na Festiwalu pracująca na stałe poza Polską Marzena Diakun.

Warto zwrócić uwagę na zaledwie 25-letniego dyrygenta chińskiego Jong-Jie Yina, bo to artysta z przyszłością. W Warszawie poprowadził Sinfoniettę Cracovia. Solistą w występie tej orkiestry był zwycięzca ostatniego konkursu w Cleveland Amerykanin Maxim Lando, pianista ciekawy, choć w koncercie Schumanna rozpierała go nadmierna energia.

Niezawodni koreańscy bracia Lee

Wrażliwością wykazał się w II koncercie Beethovena jego 25-letni rodak Seth Schultheis, którego wspierała Sinfonia Iuventus pod dyrekcją Aleksandra Humały (żywiołowa w Symfonii „Włoskiej” Mendelssohna). Pojawili się ulubieńcy ubiegłorocznego Konkursu Chopinowskiego, bracia Hyo Lee i Hyuk Lee. Koncert na dwa fortepiany Mozarta zagrali z ogromną elegancją, z towarzyszeniem Orkiestry Akademii Beethovenowskiej.

Koreańscy bracia Hyuk Lee i Hyo Lee

Hyuk Lee i Hyo Lee

Koreańscy bracia Hyuk Lee i Hyo Lee

Foto: Bruno Fidrych

Rywalizacja polskich orkiestr

Przemyślany był cały program Festiwalu, który w przeszłości bywał zbiorem rozmaitych utworów. Wprawdzie tegoroczne hasło „Beethoven. Przełom klasycyzmu i romantyzmu” nie brzmiało odkrywczo, ale pozwoliło na przegląd XIX-wiecznej symfoniki – od Beethovena przez Schuberta, Schumanna, Mendelssohna i Brahmsa do dwóch gigantów: Brucknera i Mahlera, których niełatwe dzieła wzbudziły największe zainteresowanie u publiczności.

Przy nikłej obecności zespołów zagranicznych ze szlachetnym wyjątkiem muzyków z Liechtensteinu i kameralistów ze Stuttgartu, Festiwal stał się przeglądem najlepszych polskich orkiestr symfonicznych. Filharmonia Narodowa ukazała rozmaite niuanse IV Symfonii Mahlera, a Jacek Kaspszyk tak ją prowadził, by w żadnym momencie nie przytłoczyć słuchaczy potęgą brzmienia. Całość zwieńczyło „anielskie” solo ukraińskiej śpiewaczki Olgi Bezsmertnej.

Jacek Kaspszyk, Olga Bezsmertna i orkeistra Filharmonii Narodowej

Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, Filharmonia Narodowa

Jacek Kaspszyk, Olga Bezsmertna i orkeistra Filharmonii Narodowej

Foto: Bruno Fidrych

NOSPR zachwycił precyzją w IV Symfonii Brucknera, i tym że muzycy prowadzeni przez Kiriłła Karabitsa zadbali o klarowność narracji. Sinfonia Varsovia rozpoczęła występ od niezwykle emocjonalnego wykonania „Chaconne in memoriam Giovanni Paolo II” Pendereckiego, a zakończyła brawurowo wykonaną Symfonią „Reńską” Schumanna. Gdyby dyrygent Sergey Smbatyan podszedł do niej z większą finezją, byłaby wspaniała kreacja.

Poznaniacy potrafią zabawić publiczność

Miłym przerywnikiem od symfonii było kolejne spotkanie w popularnym cyklu prezentacji zapomnianych oper. Tym razem Łukasz Borowicz z Poznańskimi Filharmonikami wybrał „Weksel małżeński” Rossiniego. Po nieco ciężkawo odegranej uwerturze ta zwariowana komedia nabrała szalonego tempa, a bawili się zarówno widzowie, jak i wykonawcy na czele z czującym rossiniowski styl barytonem Emmanuelem Franco.

Emmanuel Franco w „Wekslu malżeńskim” Rossiniego

Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, Rossini

Emmanuel Franco w „Wekslu malżeńskim” Rossiniego

Foto: Bruno Fidrych

W natłoku propozycji można było nie dostrzec oryginalnego spotkania Stuttgarter Kammerorchester i Radomskiej Orkiestry Kameralnej z dyrygentem Jurkiem Dybałem, który dokonał ważnej rzeczy – połączył obie orkiestry w jeden organizm.

Cały symfoniczny przegląd zakończy w Wielki Piątek „Pasja według św. Łukasza” Pendereckiego w wykonaniu orkiestry Filharmonii Krakowskiej wraz z trzema krakowskimi chórami oraz solistami i pod dyrekcją Macieja Tworka.

Bóg sprzyjał waltornistom

Pod jednym jeszcze względem 30. Wielkanocny Festiwal Beethovenowski był wyjątkowy: dał pole do popisu orkiestrowym waltornistom. Efektowne solo w „Wekslu małżeńskim” zagrał Marcin Chrzanowski, zachwycały precyzją grupy waltorni NOSPR w dziele Brucknera oraz Sinfonii Varsovii w Schumannie, wrażliwością i czujnością wyróżnił się Daniel Otero Carneiro z Filharmonii Narodowej w symfonii Mahlera. Waltornia to tajemniczy instrument, stara prawda głosi, że waltornista dmie, a tylko Pan Bóg wie, co z tego wyjdzie. W tym roku Bóg był życzliwy i dla waltornistów, i chyba dla całego festiwalu.