Marek Weiss zdecydował się na rozstanie z teatrem, w co nie wszyscy wierzą, bo wielu artystów rytuał pożegnania rozkłada na lata. On jednak na pewno nie pójdzie w ślady Placida Dominga, wciąż kurczowo trzymającego się mikrofonu. Przyjmijmy więc, że „Falstaff” jest rzeczywistym pożegnaniem Marka Weissa. I może właśnie z tego powodu mamy w nim także przywołany klimat jego dawnych inscenizacji, gdy w latach 80. dokonywał on swoistej rewolucji w polskim teatrze operowym. Dopiero ponad dekadę później wkroczyli na scenę inni z Mariuszem Trelińskim na czele.

Wiesław Olko powrócił do Opery Narodowej

„Falstaffa” 2026 zrealizował z dawnym scenograficznym partnerem Wiesławem Olko, z którym stworzył tak niezwykłe inscenizacje jak „Bramy raju” z białym rumakiem na widowni Teatru Wielkiego czy „Makbeta”, w którym szekspirowskie czarownice sfruwały na scenę z wysokości kilku pięter. W „Falstaffie” jest zaś klimat „Traviaty” z 1987 r., bo dla obu tych inscenizacji Wiesław Olko stworzył wysmakowane wnętrza z mnóstwem detali. Nic dziwnego, że w pewnym momencie porzucił teatr, by zająć się projektowaniem wnętrz.

Czytaj więcej

Marek Weiss odchodzi z teatru: Muszę sam siebie osądzić

W „Traviacie” był XIX-wieczny salon, teraz mamy zdecydowanie bliższy naszym czasom i londyński nocny lokal. Ale też Marek Weiss, zachowując własny styl, podąża za innymi i mocniej ingeruje w tkankę opowieści. Kiedyś – w „Fideliu” czy „Turandot” – operował czytelnymi aluzjami, teraz częściej stosuje bardziej konkretne odniesienia do naszej rzeczywistości.

Przypomniana przeszłość Falstaffa

W „Falstaffie” wędrówka w czasie odbywa się nawet w dwóch przeciwstawnych kierunkach. Reżyser z kierownikiem muzycznym premiery Patrickiem Fournillierem dodał uwerturę z wczesnej opery Verdiego „Attila”, by przy tym orkiestrowym wstępie pokazać historię rozgoryczonego Falstaffa, odtrąconego w przeszłości kompana przyszłego króla Henryka V. Właściwa operowa opowieść zamyka natomiast życiową drogę Falstaffa, bo jego koniec jest definitywny i ostateczny.

Sir John Falstaff jest w tym przedstawieniu bardzo ludzki, żaden z niego prostak, opój i żarłok bez ogromnego brzucha, który tradycja teatralna nakazuje przyprawiać kolejnym wykonawcom tej roli. Premierowy Falstaff w Operze Narodowej – Włoch Sergio Vitale to przystojny mężczyzna w sile wieku, którego ładny, barytonowy głos miękko płynie przez verdiowską frazę. Przyjemnie się go słucha, ale śpiewakowi brakuje wyrazistości, bez której Falstaff wiele traci. Jego pełna zjadliwości aria o honorze zaginęła więc w toku przedstawienia.

Sergio Vitale jako Fałstaff w  Operze Narodowej

Sergio Vitale jako Fałstaff w Operze Narodowej

Foto: Krzysztof Bieliński

Kim zresztą jest ten bohater rodem z Szekspira w inscenizacji Marka Weissa? Pomysł, że to właściciel ekskluzywnego londyńskiego klubu dla dorosłych nie jest zbyt czytelny. Ochrona Falstaffa paradująca z kijami baseballowymi oraz ubrany na czarno i obwieszony złotymi łańcuchami romantyczny Fenton przywodzą raczej na myśl mafię wołomińską sprzed ćwierćwiecza.

Silne kobiety pokonują mężczyzn

Przy nie dość silnie zarysowanym tytułowym bohaterze najważniejsza więc pozostaje nieśmiertelna intryga komediowa rozegrana w stylowo zaprojektowanym salonie państwa Ford z zabawnym dodatkiem, jakim jest współczesny kontener na brudną bieliznę pełniący ważną rolę w akcji. Bohaterkami są tu przede wszystkim kobiety, powstał więc raczej spektakl o sile i sprycie kobiet pokonujących bez problemów mężczyzn przekonanych o swej władzy.

W „Falstaffie” to kobiety są silniejsze od mężczyzn

W „Falstaffie” to kobiety są silniejsze od mężczyzn

Foto: Krzysztof Bieliński

Zupełnie inny, momentami wręcz metafizyczny klimat, pojawia się w bardzo pięknie zainscenizowanym akcie końcowym. Rozgrywa się nocą w windsorskim lesie, gdzie podczas wyznaczonego Falstaffowi spotkania ma zostać wymierzona mu ostateczna kara. Marek Weiss zrezygnował z krotochwilnej błazenady częstej w wielu inscenizacjach. Zabawa nadal trwa, ale pojawia się w niej duch śmierci pod postacią powracającego z prologu Henryka. I choć słynna radosna fuga Verdiego zgrabnie wieńczy spektakl, to Marek Weiss dodał do niej gorzką konstatację, że w naszym pędzie do zabawy i śmiechu nie dostrzegamy pojawienia się śmierci.

Falstaff i reszta postaci Verdiego

W dziejach opery postać tytułowego bohatera dzieła Verdiego obrosła legendarnymi kreacjami najsłynniejszych śpiewaków. W Polsce powojennej wspaniałym, starym i zgorzkniałym Falstaffem był Jerzy Artysz w spektaklu Macieja Prusa. Ale „Falstaff” to także opera zespołowa. Sukcesem Opery Narodowej jest więc dobranie wyrównanej obsady, w której w zasadzie nie było słabych punktów. 

Świetny zespół czterech kumoszek z Windsoru, autorek intrygi stworzyły na premierze Aleksandra Orłowska jako pani Ford, którą postanowił zdobyć Falstaff, a obok niej Hanna Sosnowska-Bill (Nannetta), Deniz Uzun (Pani Quickly) i Monika Ledzion-Porczyńska (Meg Page). Skontrastowani z nimi byli wyraziście nakreśleni kompani Falstaffa – Dr. Caius (Wojciech Parchem), Bartoldo (Mateusz Zajdel) i Pistola (Remigiusz Łukomski). Pomiędzy nimi zaś krążył Stanisław Kuflyuk jako pan Ford. Jego monolog o zazdrości i zdradzie mocno spuentował pierwszą część spektaklu.

Szkoda tylko, że zabrakło precyzji w scenach ansamblowych, choćby w kwartecie kumoszek, ale też dyrygent Patrick Fournillier prowadził całe przedstawienie bez zbytniej wnikliwości w niezwykły charakter muzyki Verdiego. Również duet projektantów  Paprocki Brzozowski zaproponował kostiumy w nikły sposób oddające charaktery poszczególnych postaci. Szczególnym brakiem gustu odznacza się sukienka dziewczęcej Nannette.