„Rzeczpospolitej”: Co po tylu latach kariery pana nadal nakręca do kolejnych artystycznych poszukiwań i wyzwań?

Nie wolno spoczywać na laurach. Moment, w którym ogarnie nas poczucie, że jest się tylko zadowolonym z tego, co robimy, oznacza początek końca. A ja, choć lubię powtarzać pewne rzeczy, robię to, by dłubać w nich, szukać nowych interpretacji w rolach, które gram od lat.

Reklama
Reklama

Zawsze można coś zrobić lepiej?

Oczywiście. W kolejnych sezonach mam znowu zaplanowane produkcje „Werthera”, bohatera opery Masseneta śpiewam już 32 lata i rajcuje mnie, by znów się nad nim zastanowić. Nie wolno popadać w stagnację, w powtarzanie ról w tym samym kształcie. A poza tym nawet jeśli już kilkadziesiąt razy wystąpiłem w „Tosce”, nie jest to naprawdę nic wielkiego. Anna Moffo zaśpiewała w swoim życiu 800 przedstawień „Traviaty”, Leo Nucci ma na koncie około 600 spektakli „Rigoletta”. Ja na szczęście mam zróżnicowany repertuar, zaczynałem od Mozarta, śpiewam opery włoskie, słowiańskie, francuskie, Wagnera, do tego dochodzi trochę operetek i oczywiście pieśni, więc wiem, że stagnacja mi nie grozi. Ale rekordów nie pobiję. Wie pan zresztą, kto jest rekordzistą w Metropolitan Opera? Tenor Charles Anthony, który w drugiej połowie XX wieku zaliczył prawie 3 tysiące spektakli! Ja w przyszłym sezonie dobiję do dwustu.

Czytaj więcej

Sześcioro Polaków zaśpiewa w szukającej oszczędności Metropolitan

Piotr Beczała: W Metropolitan w Nowym Jorku jesteśmy jak u siebie. Lubię być tam, gdzie czuję się dobrze

Mamy inne czasy, dziś dominuje pęd za nowościami, spektakle żyją krócej niż kiedyś.

I na dodatek jesteśmy rozrzuceni po świecie. Mało kto trzyma się jednego teatru. Ale muszę się pochwalić tym, co ktoś niedawno mi uświadomił, a tego nie wiedziałem. Jestem jedynym tenorem w historii Metropolitan, który wystąpił w trzech różnych inscenizacjach tej samej opery. Chodzi o „Rigoletta” i partię Księcia.

Poza Metropolitan śpiewał pan we wszystkich najważniejszych teatrach Europy i Ameryki. Ale od pewnego czasu ma pan kilka, które stały się artystycznym domem dla pana. Już nie pędzi pan z miejsca na miejsce?

Ciągle pędzę, ale jednak mniej. Lubię być tam, gdzie czuję się dobrze. Takim miejscem jest na pewno Staatsoper w Wiedniu, a także teatry hiszpańskie w Madrycie i w Barcelonie, co jakiś czas pojawiam się w Paryżu, rzadziej teraz śpiewam w Zurychu, gdzie przeżyłem cztery kolejne dyrekcje. No i jest oczywiście Metropolitan, gdzie od 20 lat występuję co najmniej w jednej produkcji, gdybym nie lubił tego miejsca, pewnie inaczej by to wyglądało. Ale mamy z żoną mieszkanie w Nowym Jorku, więc jesteśmy tam u siebie.

Niech pan zatem objaśni, co jest przyczyną obecnych kłopotów finansowych Metropolitan? Czy tylko następstwa zewnętrznych problemów? Pandemii i lockdownu, a teraz konfliktu USA z Iranem oraz zerwana umowa o współpracy z Arabią Saudyjską, która miała wesprzeć teatr sumą 200 mln dolarów?

Moim zdaniem problemy te wynikają z powodu upadku kultury w Ameryce. Chodzi o tamtejsze elity, zaczynając od prezydenta i ludzi z jego otoczenia oraz o wszystkich tych, którzy są naprawdę bogaci. Nie mówię o tych, których majątki warte są po kilka mld dol., bo oni są sponsorami Metropolitan. Mówię o posiadaczach prawdziwych fortun, dla których przekazanie temu teatrowi stu milionów byłoby nieodczuwalnym wydatkiem. Ich zainteresowanie całą kulturą, a operą w szczególności, jest zerowe. Do tego dochodzi inny problem Metropolitan, która stała się potężnym zakładem pracy zatrudniającym ogromną rzeszę ludzi. I nie śpiewacy są największym obciążeniem finansowym, ale ci zatrudnieni z miesięczną gażą, ochroną związków zawodowych i ubezpieczeniem.

A ponoć artyści zgarniają wysokie honoraria.

Owszem dostają dobre pieniądze, ale to nie są topowe gaże w świecie opery. A poza tym trzeba do Nowego Jorku przylecieć, tam zamieszkać i tam żyć.

Przyszły sezon ma panu upłynąć z kolejnym nowym bohaterem w karierze, z wagnerowskim Parsifalem.

Właśnie jestem w trakcie przygotowywania tej roli.

Rozmawialiśmy osiem lat temu po pana debiucie w Bayreuth jako Lohengrin. Mówił pan wtedy, że kolejną operą Wagnera może będzie „Parsifal”. Tyle czasu trwa praca nad nim i dopasowanie do kalendarza występów?

Po sukcesie „Lohengrina”, którego sam bardzo polubiłem, przez te osiem lat musiałem bronić się przed mocniejszym pójściem w kierunku Wagnera. Miałem konkretną propozycję Zygmunta w „Walkirii”, kuszono mnie „Śpiewakami norymberskimi”. Stanęło w końcu na „Parsifalu” i chyba na tym się zakończy, bo nie chciałbym rezygnować z repertuaru słowiańskiego, francuskiego czy oczywiście włoskiego. Tymczasem tak bardzo brakuje tenorów wagnerowskich, że jak ktoś się objawi, zostanie po prostu wessany. Zrozumiałem to trzy lata temu, gdy w ciągu jednego roku zaśpiewałem 22 spektakle „Lohengrina” w trzech różnych teatrach. Zapaliło mi się wówczas czerwone światełko, skoro śpiewam w sezonie około 60 przedstawień, to przy takim obciążeniu Wagnerem zostaje bardzo mało miejsca na inne rzeczy. Muszę więc myśleć bardzo taktycznie i ekonomicznie.

W najbliższych planach ma pan też „Trubadura” Verdiego w Teatro Real, z Arturem Rucińskim i Krzysztofem Bączykiem jako partnerami. Śledzi pan poczynania młodych polskich śpiewaków w świecie?

Oczywiście. Jesteśmy w kontakcie, rozmawiam z Andrzejem Filończykiem, Krzysztofem Bączykiem, Piotrem Buszewskim. Jeśli coś mnie zaniepokoi, nie mam oporów, by wyrazić swoje zdanie.

Piotr Beczała: Młodym Polakom jest łatwiej wejść do świata śpiewaków, ja pojechałem małym Fiatem

Co sprawiło, że ruszyła w świat fala młodych Polaków?

Nie wiem, czy to jest fala. Są dinozaury jak ja i ci w średnim wieku jak Tomasz Konieczny czy Artur Ruciński i są młodzi, kilku przed chwilą wymieniłem. Mamy w świecie artystów różnych generacji. Potop przynoszą natomiast coroczne Operalia założone przez Placida Domingo. Ten konkurs to niemal produkcja śpiewaków, najlepsi są od razu zagospodarowani i ruszają w świat. To jest tsunami wokalne. Sukcesy Polaków to naturalny proces rozwoju.

Młodym Polakom jest teraz łatwiej wejść do świata niż panu trzydzieści parę lat temu?

Oczywiście, że łatwiej.

Pan śpiewał na ulicy w Wiedniu, by zarobić. Oni nie muszą tego robić.

Ja pojechałem w świat małym Fiatem i bez pieniędzy. Dzisiaj są sponsorzy, mecenasi, akademie i studia operowe przy teatrach. To zupełnie inne czasy, ale nie wiem, czy lepsze.

Czytaj więcej

Placido Domingo ma 85 lat i nie zamierza przestać śpiewać

Jest łatwiej pojechać, ale czy łatwiej zaistnieć?

Zaistnieć można zawsze, najważniejsze pozostaje pytanie, co się trafi. Jaki kontrakt można dostać i co z tego wyniknie? To był mój dylemat 22 lata temu, gdy dostałem pierwsze propozycje z Metropolitan. Nie przyjąłem kontraktów na Tamina w „Czarodziejskim flecie” i na Matteo w „Arabelli”, bo nic by mi nie dały poza możliwością umieszczenia w CV informacji, że występowałem w Metropolitan Opera. W niczym by mi to nie pomogło w rozwijaniu kariery. Taką szansę dała mi dopiero trzecia propozycja – księcia w „Rigoletcie”. Każdy jednak musi podjąć decyzję co do swoich losów i sam potem ponosi tego konsekwencje.

Piotr Beczała: Końcową decyzję podejmuje ja, ale bardzo ważne jest zdanie mojej żony

Trzeba mieć pomysł na siebie?

I unikać nadmiernej liczby błędów. Wiadomo, że każdemu się one zdarzają, ale po dwóch należy zacząć bardzo uważać, by nie zrobiła się cała ich seria.

W naszych czasach wszyscy pędzimy do przodu, więc młody człowiek boi się, że jak nie wsiądzie do tego pociągu, to nic nie osiągnie.

I to jest błąd. Trzeba mieć w sobie cierpliwość. Gdy się myśli wyłącznie i tylko o karierze, ten pociąg do niej rzeczywiście może odjechać, Jak ma się czas i dystans do tego, co się robi, po dziesięciu latach może się okazać, że człowiek znajdzie się w takim miejscu, o którym nigdy nie przypuszczał, że będzie dla niego dostępne.

Można też zagrać bardzo dobrą rolę w mniejszym teatrze i mieć z tego satysfakcję.

Absolutnie tak. Wielkość teatru i jego ranga kompletnie nie świadczy o poziomie wykonania.

W jednym z wywiadów pana żona powiedziała kiedyś, że uwierzyła w pana możliwości po „Wertherze” w Linzu.

A miałem z tą rolą wówczas wielkie problemy. Przyszła do mnie za wcześnie, zaledwie po dwóch latach pracy na zachodzie, właśnie w Linzu. Wiele czynników jednak zadziałało wtedy na moją korzyść. Pojawiły efekty systematycznej pracy z pianistą Dale’em Fundlingiem, trafiłem w dobrą inscenizację, znalazłem klucz do tej roli, także wokalny.

Piotr Beczała jako Werther, Opera Narodowa, 2021

Piotr Beczała

Piotr Beczała jako Werther, Opera Narodowa, 2021

Foto: Krzysztof Bieliński

Pan nie popełnił w swoje karierze dużych błędów.

Starałem się o to. Wszystkie moje decyzje były przemyślane, nie mam też problemów z ponoszeniem konsekwencji, jakie mogą one ewentualnie spowodować. I nigdy też nie byłem przyporządkowany do jakiejś „rodziny” – reżyserskiej, dyrygenckiej, fonograficznej czy dyrektora, który z teatru do teatru zabierał swoich ulubieńców. Byłem i jestem niezależny, co czasami powoduje też pewne negatywne reperkusje, na przykład pewne kontrakty przechodzą wówczas koło nosa, ale nie mam z tym problemu.

Ważne jest też i to, by mieć kogoś, kto umie doradzić. A może po tylu doświadczeniach już pan doradców nie potrzebuje?

Nie do końca. Końcową decyzję podejmuję zawsze ja, ale konsultuję się z wieloma osobami. Bardzo ważne jest zdanie mojej żony, prowadzę dyskusje z moją agencją na temat wartości różnych kontraktów nie tylko tej finansowej. W końcu swoim nazwiskiem firmuję jakiś spektakl, więc jeśli opera jest piękna, ale inscenizacja koszmarna, to czy warto mi w to wchodzić? Spektakl może na tym skorzystać, a ja stracić.

Piotr Beczała mówi, jakie kolejne wyzwania go czekają. Turiddu w Berlinie, dwóch bohaterów w jeden wieczór

Muszę więc przyznać, że zaskoczył mnie pan udziałem w Paryżu w „Lohengrinie” w inscenizacji Kiriłła Sieriebriennikowa, bo to reżyser o nieposkromionej wyobraźni i fantazji, pełen nieoczekiwanych pomysłów.

Sam siebie zaskoczyłem. Oczywiście rozmawiałem z nim wcześniej i Sieriebriennikow wytłumaczył mi, jak spektakl będzie wyglądał. Kupiłem jego pomysł szczególnie, gdy trwa wojna w Ukrainie. Aspekt wojennej traumy został w tej inscenizacji klarownie pokazany, pod tą inscenizacją mogłem się spokojnie podpisać.

Bo to był spektakl bardzo sugestywny.

Natomiast nie cenię inscenizacji, kiedy trzeba najpierw przeczytać objaśnienia reżysera, by pojąć, o co chodzi. Najlepsze są te spektakle, które oddziałują wręcz podświadomie. Może to być opera, której nie znamy dobrze, wykonywana w obcym języku, ale emocje w niej zawarte są tak zagrane i zaśpiewane, że docierają do widza, bez konieczności śledzenia napisów z tekstem. W wielkich dziełach sama ekspresja muzyczna działa wprost na słuchacza.

Jakie więc będzie pana następne wyzwanie po przyszłorocznym Parsifalu?

Turiddu w „Rycerskości wieśniaczej”. Nigdy nie grałem go na scenie, to będzie mój debiut, w Berlinie, w nowej inscenizacji. Mam też zakusy, by za jakieś dwa lata zaśpiewać w jednym wieczorze obu werystycznych bohaterów – Turiddu oraz Cania w „Pajacach”. Muszę to sobie jeszcze przemyśleć i opracować, ale to dwie krótkie role, a po doświadczeniach z Lohengrinem czuję niedosyt, gdy rola jest niezbyt długa.

A nie kusi pana verdiowski Otello, szczyt dla tenora? Niektórzy twierdzą, że po zaśpiewaniu Andrei Cheniera nie jest już wyzwaniem.

Może i kusi, choć nie demonizowałbym Cheniera. On jest poetą a nie ogarniętym szałem Otellem. Chenier do końca ma pewną delikatność i elegancję, co musi też być słychać w śpiewie. Pod tym względem Otello jest zupełnie inny. Na dodatek dzisiaj reżyserzy postrzegają go jako szaleńca, epileptyka lub mężczyznę z syndromem postwojennym. Ja wychowałem się na Otellu w interpretacji Placida Dominga, to był wzorzec. Jego kreacja, tak zresztą jak innych wielkich tenorów przed nim przeszła do historii, czego nie można powiedzieć o interpretacjach współczesnych. Nie mam na razie pomysłu, jak w dzisiejszych czasach można przedstawić Otella, by ta postać miała ważne dla mnie komponenty, które są w muzyce Verdiego.