Miała być rewolucja, więcej czasu na odpoczynek, hobby i czas z rodziną. Są codzienne kartkówki, brak systematycznej pracy i kombinowanie. Jest kłopot, który jakoś trzeba umiejętnie rozwiązać, by wyjść z twarzą.
Wygląda na to, że Ministerstwo Edukacji Narodowej stara się w subtelny sposób wycofać z zakazu prac domowych. Będą nieobowiązkowe, ale lepiej je zrobić. To wniosek płynący z projektu zmian rozporządzenia w sprawie oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów, który doprecyzował, że uczeń ma być nagradzany za systematyczną pracę. Taką, która służy „utrwalaniu, rozwijaniu lub praktycznemu stosowaniu treści nauczania realizowanych w czasie zajęć edukacyjnych”. Czyli ten, kto odrabia, może mieć wyższą ocenę. Ba, otrzyma ją nawet uczeń, który w domu przy pomocy rodziców czy AI zrobi jakiś projekt. Ale przecież umiejętność pisania promptów też jest w sumie ważna. Żartuje się nawet, że powinna być na maturze.
Prace domowe wracają. Polska szkoła bez presji po prostu nie istnieje
Zmiany dotyczące prac domowych to jedne z najczęściej krytykowanych działań obecnego rządu – choć trzeba przyznać, że w argumentacji MEN o poprzedniej patologii zadawania nadmiaru prac domowych też jest wiele prawdy. Od kwietnia 2024 r. w podstawówce można je zadawać, ale nie można oceniać. Ta regulacja była bardzo krytykowana przez rodziców i nauczycieli. Ci drudzy w obawie, że dzieci przestaną się uczyć, zastąpili je niemal codziennymi kartkówkami. Prace domowe więc tak naprawdę nie zniknęły, zastąpiono je po prostu inną metodą wymuszania codziennej pracy w domu.
Jesienią 2025 r. Instytut Badań Edukacyjnych opublikował raport, z którego wynikało, że zmiany te odbiły się niekorzystnie na uczniach. Aż 84 proc. nauczycieli zauważyło spadek motywacji do nauki, a ponad 91 proc. – kłopoty z utrwaleniem materiału. Miały być rekomendacje, co z tym fantem zrobić, ale pracujący nad nimi zespół nie doszedł do porozumienia. Wspomniany projekt zmiany rozporządzenia wydaje się być rozwiązaniem kompromisowym.
Rządzący wiedzą, że przyjaźń między nimi a nauczycielami, którzy mieli być naturalnym zapleczem rządu, stała się krucha. Przyczyniły się do tego nie tylko zmiany w pracach domowych, ale także zbyt wolny wzrost wynagrodzeń, nieprzygotowana zdaniem nauczycieli reforma Kompas Jutra czy projekt ustawy o prawach ucznia, który – jak określili to w swojej opinii dyrektorzy szkół – zmienia szkołę w „królestwo roszczeń i oskarżeń”.
Dlaczego KO ciągle mówi o podwyżkach dla nauczycieli sprzed dwóch lat?
Ostatnio w mediach społecznościowych pojawiają się wrzucane przez polityków KO grafiki z napisem: „30 proc. więcej dla nauczycieli”. Będą podwyżki? Oczywiście, że nie – rządzący przypominają, że dali je dwa lata temu.
Czytaj więcej
Prace domowe powinny być zadawane, bo to pomaga przygotować się np. do sprawdzianu z matematyki. Ale nie można ich oceniać. Uczeń powinien otrzymyw...
Skąd nagle ta aktywność? Jeśli to miała być forma uspokojenia gniewu nauczycieli, to źle dobrano strategię. Bo nic tak ich nie irytuje, jak wypominanie podwyżki z 2024 r., która przecież była wyrównaniem niskich płac z czasów rządów PiS. I każe postawić pytanie, co z projektem powiązania płac nauczycieli ze wskaźnikiem zewnętrznym, co zapewniłoby systematyczny wzrost wynagrodzeń. Sejm pracuje nad nim już kilka lat.