– Rozmawiałem z Erikiem Schmidtem (szefem Google'a – red.), zanim wysłałem mu ten list. Poinformowałem go, że jeśli w ciągu kilku tygodni Google przedstawi propozycje zmiany praktyk biznesowych, to jesteśmy gotowi o tym rozmawiać – powiedział wczoraj Joaquin Almunia, unijny komisarz ds. konkurencji.
Bruksela zarzuca Google'owi nadużywanie dominującej pozycji na rynku wyszukiwarek internetowych w czterech obszarach.
Po pierwsze, w wynikach wyszukiwania Google zamieszcza odniesienia do swoich własnych komercyjnych wyszukiwarek tematycznych, np. dotyczących restauracji. Problem w tym, że te linki są lepiej i wyżej pokazane niż do konkurencyjnych wyszukiwarek tego typu.
Drugi zarzut dotyczy kopiowania przez Google'a, bez autoryzacji i z naruszeniem praw autorskich, treści publikowanych przez takie konkurencyjne wyszukiwarki tematyczne. Na przykład przekleja wprost opinie użytkowników dotyczące restauracji czy oferty turystycznej.
Po trzecie, strony, które mają u siebie okienko poszukiwawcze Google'a, muszą w wynikach wyszukiwania na pierwszym miejscu umieszczać reklamy Google'a. Czwarta wątpliwość dotyczy zasad wyświetlania linków sponsorowanych w wynikach wyszukiwania Google'a. Konkurenci narzekają, że Google nie daje im dostępu do tej platformy, jeśli sam oferuje podobne usługi.
Śledztwo w sprawie Google'a trwa od września 2010 r., po skargach od porównywarek cenowych – brytyjskiej Foundem, niemieckiej Ciao i francuskiej wyszukiwarki prawnej eJustcie. Potem dołączyły portale turystyczne. W sumie jest już 14 skarżących. Podobne dochodzenie prowadzi w USA Federalna Komisja Handlu.
– Nie zgadzamy się z wnioskami, ale jesteśmy gotowi do dyskusji nad wątpliwościami Komisji – oświadczył Google. List Almunii do Schmidta nie jest początkiem oficjalnej procedury. Ale jeśli Google nie zdecyduje się na polubowne rozwiązanie sporu, to KE może nałożyć karę finansową sięgającą do 10 proc. rocznych obrotów.
Korespondencja z Brukseli