Kiedy pisarz kończy sześćdziesiąt lat, a tworzy i publikuje od prawie czterdziestu, można oczekiwać, że wydał co najmniej piętnaście książek i że powoli staje się nieznośnym uparciuchem i dziwakiem. Tym bardziej, że ma z pewnością wyostrzony, i z powodu wielu gorzkich rozczarowań, niereformowalny już pogląd na świat, ludzi oraz literaturę.

Taki stary lis zupełnie inaczej stąpa po naszym świecie; przestał zastanawiać się nad tym, czy został oszukany przez życie, przyjaciół, recenzentów, wydawców i czytelników, albo też przez jurorów, ponieważ nie dostał tych wszystkich nagród, na które w młodości jeszcze liczył.

W każdym razie polsko-niemiecki pisarz i tłumacz Dariusz Muszer z Hanoweru ma na swoim koncie polskich publikacji już dziewięć tomików wierszy, takich jak na przykład "Cudowny świat zepsutych mrówek" (Warszawa 1987), "Księga zielonej kamizelki" (Sopot 1996) czy "Wszyscy moi nieznajomi" (Szczecin 2004). Wydał też w Polsce sześć powieści, przy czym trzy w tym zbiorze to książki pierwotnie napisane i wydane po niemiecku, które Muszer sam przetłumaczył na polski – mam na myśli takie pozycje, jak na przykład "Wolność pachnie Wanilią" czy też "Pole Czaszek", które ukazały się w 2008 i 2017 roku w Szczecinie. Z napisanych i wydanych po polsku powieści należy wymienić "Niebieskiego" z 2006 roku oraz "Lummicka", opublikowanego w 2009 roku w olsztyńskim Wydawnictwie Borussia.

Ale to nie wszystko: w sierpniu tego roku szczecińskie Wydawnictwo Forma uczciło „sześćdziesięciolatka” wydaniem jego dwóch nowych dzieł – tomu poezji, który ukazał się pod znamiennym tytułem "Wiersze poniemieckie", oraz zbioru opowiadań "Człowiek z kowadłem", których głównym bohaterem jest, jak w wielu powieściach Muszera, miasto Hanower oraz wyobcowany i zdolny do każdej zbrodni wielkomiejski samotnik.

Tłumacz

Muszer jest również wszechstronnym tłumaczem o szerokich zainteresowaniach i uwielbia literaturę skandynawską oraz norweskie baśnie. Dlatego nie powinno dziwić, iż jesienią 2018 roku opublikował, także w Szczecinie, "Baśnie norweskie opowiedział Dariusz Muszer", po trzydziestu latach pracy nad ich przekładem.

Można więc ten, liczący prawie czterysta trzydzieści stron, w Polsce niestety zbyt słabo recypowany tom, nazwać głównym dziełem polskiego tłumacza z Hanoweru, ale stwierdzenie to nie byłoby do końca sprawiedliwe i szczęśliwe, gdyż Muszer już w latach dziewięćdziesiątych tłumaczył poezję Saamów, haiku, nordyckie wersy runiczne, miniatury Yoshidy Kenko, a także zajmował się przekładem poezji pisanej przez emigrantów po niemiecku w Niemczech.

Muszer to także translatorski długodystansowiec, posiadający, jak to Niemcy określają, „Sitzfleisch”, czyli wytrwały tyłek do codziennego, wielogodzinnego siedzenia za biurkiem z oczyma wpatrzonymi w monitor komputera. I tak też powstały tłumaczenia powieści "Koniec pieśni" Galsana Tschinaga czy "Kino Muza" autora niniejszej laurki urodzinowej. Ukazały się one w 2008 i 2009 roku.

Fenomen Muszera jako tłumacza polega na tym, że żyje on w szczególnej symbiozie języka polskiego i niemieckiego, ponieważ sam przełożył na polski swoje trzy niemieckie powieści. Ta podwójnie wykonana praca ma wielkie zalety, albowiem nie są to zwykłe tłumaczenia: polskie wydania odpowiadają oczywiście niemieckim oryginałom, ale wszelkiego rodzaju zabawy językowe i neologizmy, które autor z uwielbieniem wdraża w języku niemieckim, zostały twórczo, czyli z podobną fantazją, przełożone na polski – a czyta się te przekłady tak jakby Muszer swoje niemieckojęzyczne książki napisał pierwotnie w języku polskim.

Młody instruktor i poeta

Polsko-niemiecki autor i tłumacz z Hanoweru urodził się w 1959 roku w Górzycy nad Odrą. W 1977 roku zaczął studia prawnicze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, i mniej więcej w tym samym okresie zajął się pisaniem poezji. Z czasów Solidarności przetrwały jego wiersze o strajku okupacyjnym na UAM w 1981 roku, w którym brał udział. Wydane z ponad trzydziestoletnim opóźnieniem w Kanadzie są one sejsmograficznym zapisem atmosfery buntu tamtych lat w środowiskach studenckich.  

Niestety, nie udało się mu w PRL-u pracować w wyuczonym zawodzie. Udział w strajku zablokował jego prawniczą karierę ? i można dziś stwierdzić: na całe szczęście!

W 1985 roku Muszer zamieszkał w Strzelcach Krajeńskich, i tam rozpoczęła się jego przygoda instruktora teatralnego, co dało mu też możliwość odkrycia aktorskiego talentu nastoletniego wówczas Jacka Braciaka. Ochotniczy Teatr Ad1 w Strzelcach był oczkiem w głowie Muszera, młodego instruktora, ale poświęcał też dużo czasu Literacko-Artystycznemu Klubowi „Silva Rerum”, zrzeszającemu młodych twórców z okolicy.

Cenzura hamowała poetycką karierę autora ze Strzelec, nie ma więc, co się dziwić, że jeden z jego pierwszych tomików nosił tytuł "Pestki i ogryzki" (Warszawa 1989). Poeta chciał symbolicznie dać do zrozumienia, iż po sieczce cenzora pozostały w tej publikacji wyłącznie odrzuty. Nie znaczy to, że Muszer był tchórzem, wręcz przeciwnie. Jak na tamte czasy, podejmował trudne tematy, jak choćby w wierszu "Efraim", krawiec, w którym zajął się holocaustem i strachem Żydów przed nadchodzącą zagładą. Wiersz ten przyniósł mu w 1986 roku gdańską Czerwoną Różę – najważniejszą nagrodę poetycką w ówczesnej Polsce.

W republice multikulti

Potyczki z cenzurą nie przeszkadzały jednak Muszerowi pisać felietony do "Ziemi Gorzowskiej" i słuchowiska do Radia Zielona Góra.  

To chyba właśnie z tamtego okresu życia na prowincji wyniósł Muszer uwrażliwienie na społeczne nierówności i niesprawiedliwości oraz przekonanie, że każdej władzy trzeba patrzeć na ręce: niezależnie od tego, w jakim systemie politycznym się żyje, obywatel musi być krytyczny. Owocem tego sceptycyzmu było założenie wspólnie z Grzegorzem Gralińskim niezależnego czasopisma "Echo Strzelec", za co obu redaktorom został wytoczony proces o nielegalne wydawanie gazety. Przed wyrokiem drugiej instancji pisarz uciekł wraz z rodziną w 1988 roku do Niemiec Zachodnich, kiedy jeszcze nikomu nawet się nie śniło, że już niebawem dojdzie do upadku muru berlińskiego, a tym samym do upadku Układu Warszawskiego i komunizmu.
Młody emigrant i poeta imał się na początku swojej drogi w Niemczech różnych prac, jakże typowych dla pisarzy: był taksówkarzem, pracował w teatrze jako oświetleniowiec, sprzedawał ubezpieczenia, roznosił reklamy, był też częstym gościem w urzędzie pracy. Wydawał dalej w Polsce swoje tomiki wierszy, pisał też artykuły do, wtedy jeszcze poznańskiego tygodnika "Wprost", który na początku lat dziewięćdziesiątych miał zupełnie inne oblicze i aspirował do bycia polskim "Spieglem" lub "Timesem".

Polski pisarz musiał wgryźć się w nowoczesne społeczeństwo republiki multikulti, co mu się sprawnie udało. Dość szybko nadeszły pierwsze sukcesy literackie. Muszer odbył w latach dziewięćdziesiątych wiele spotkań autorskich, a prezentował wówczas swoje wiersze w dwóch językach: dla polskiej i niemieckiej publiczności. Nawiązywał w tym czasie chętnie nowe znajomości literackie, zaprzyjaźnił się z poetą Oskarem Ansullem, co zaowocowało intensywną współpracą nad tłumaczeniami polskich wierszy Muszera. I w ten sposób mógł ukazać się, już w 1990 roku, jego pierwszy niemiecki tomik: "Die Geliebten aus R." (Kochankowie z R.).
W tym dziewiczym okresie polsko-niemieckiej kariery autora z „prawego brzegu Odry” został on przyjęty do Związku Pisarzy Niemieckich i zaczął publikować w uznanych niemieckich czasopismach literackich, jak na przykład "Die Horen", a także w periodykach polonijnych, prezentujących polskich autorów emigracyjnych.
Były to też lata fascynacji literaturą obcokrajowców, poetów z Włoch, Rumunii lub z Iranu, którzy pisali i wydawali po niemiecku, co zapewne miało wpływ na późniejszą decyzję polskiego hanowerczyka, aby zacząć tworzyć po niemiecku. Była to też epoka długich podróży studyjnych do Norwegii, gdzie Muszer napisał Księgę zielonej kamizelki, zapewne jego najważniejszy zbiór wierszy lat 90-tych. Norweskie lasy, jeziora, fiordy, skały, głazy polodowcowe – to była miłość od pierwszego wejrzenia. W tej krainie Muszer znalazł swojego mistrza: przyrodę pozbawioną manichejskich atrybutów. Wiersz "Hammerseter" chyba najlepiej wyraża tę wręcz kosmiczną harmonię i transcendencję, jakiej poeta doznał w objęciach norweskiej natury: „Odmierzam czas strumieniem, / chropowatością kamieni, / które bez słowa przyjmują / napastliwość wody. / Gałęzią brzozy śpiewam”. Czas i przestrzeń tworzą tu jedność, i Muszer nie byłby Muszerem, gdyby w niektórych wierszach z tego cyklu nie zadbał o humor, a także o elementy baśniowe i mitologiczne.

Języka niemieckiego nauczył się dość szybko, choć w momencie wyjazdu miał już dwadzieścia dziewięć lat. Mogłoby się zatem wydawać, że był za stary, aby po kilku latach bytowania w języku obcym zacząć tworzyć nowoczesną literaturę we współczesnych Niemczech. A jednak nie przejął się swoim wiekiem i ukończywszy trzydzieści osiem lat, napisał pierwszą książkę po niemiecku, i to zaledwie w ciągu pół roku.

Muszeryzm

 Jeżeli miałbym komuś wyjaśnić, na czym polega Muszeryzm, czyli ideologia pisarska Muszera, to zacytowałbym fragment wiersza Kawałek drewna, pochodzącego z najnowszego tomiku sześćdziesięciolatka Wiersze poniemieckie: „Matką moją była ryba, / ojciec dębem, / dziadowie z kamienia. / Ja przybrałem całkiem inną formę. // Długo trwało, zanim się przyzwyczaiłem”.

Muszeryzm polega na odwiecznym buncie przeciwko wszystkim i wszystkiemu, w szczególności też przeciwko samemu sobie. Ta niezgoda na świat, ludzki gatunek, systemy polityczne i cywilizacje, to stawianie pod znakiem zapytania swojej własnej egzystencji i tożsamości nie jest oczywiście niczym nowym w literaturze, lecz w przypadku Muszera istnieje pewne „ale”, i to podwójne „ale”. Jego ontologiczny bunt należy postrzegać kulturowo-historycznie, czyli w kontekście peerelowskiej socjalizacji autora oraz w kontekście jego metamorfozy językowej, jakiej doświadczył po wyjeździe na stałe do Niemiec, gdzie stał się bilingwalnym pisarzem, ponieważ zdecydował się tworzyć dodatkowo po niemiecku, nie przerywając jednocześnie swojej polskiej produkcji literackiej.

Emigrancka powieść „Wolność pachnie wanilią”

W 1999 roku Muszer wydaje swoją pierwszą niemiecką powieść. Jej tytuł, "Wolność pachnie wanilią", nawiązuje do słodkich zapachów na dworcu hanowerskim, z którymi zetknął się po raz pierwszy w dniu swego przyjazdu do Niemiec w 1988 roku.

Trzydziestoletni Naletnik, narrator Wolności pachnącej wanilią, wyjeżdża z Polski na stałe do Niemiec Zachodnich – w epoce zimnej wojny ucieka do wymarzonej wolności. We Friedlandzie trafia do obozu dla emigrantów szczycących się niemieckim pochodzeniem, gdzie w atmosferze kafkowskiego przesłuchania wychodzi na jaw, iż Naletnik jest byłym współpracownikiem SB, a w dodatku paskudnym mieszańcem, synem sprawców i ofiar (matka jego była dzieciobójczynią, dziadek ze strony ojca, ożeniony z Żydówką, został zastrzelony przez niemieckiego żołnierza ? dziadka ze strony matki). Jego życie emigranta szybko wymyka mu się spod kontroli, gdyż staje się zakładnikiem własnego masochizmu: nienawidzi swego pochodzenia, nienawidzi siebie (wykrzykuje, że jest „najmniejszą Czarną Dziurą w zadku kosmosu”), i nienawiść ta czyni go nieobliczalnym, agresywnym zwierzęciem, przy czym przeobrażenie w monstrum sprawia mu ogromną przyjemność. W dodatku tajemniczy niemiecki pisarz K.K. każe Naletnikowi pisać książkę, terroryzuje go nakazem opisywania swego nędznego żywota, a czytelnik nagle zostaje wrzucony w ogromną, czarną dziurę półprawd. Bohater zabija swoją rodzinę (żonę i dzieci), grasuje po Hanowerze i morduje, ale może, bo tego właśnie tak do końca nie jesteśmy pewni, tym prawdziwym mordercą jest tylko K.K.

Z gombrowiczowską ironią, znaną nam z Trans-Atlantyku, Muszer opowiada zagmatwane losy swego bohatera, parszywego emigranta i przybysza z kosmosu, który wyrzuca na śmietnik dwudziestowieczną historię Europy, ale także swoją rodzinną historię mieszańca ze Wschodu.

Wolność pachnie wanilią (a w roku swego niemieckiego debiutu autor miał już czterdzieści lat!) odniosła w Niemczech zasłużony sukces, ukazało się wiele pochlebnych i wnikliwych recenzji, porównujących prozę i stylistykę polskiego emigranta do wyczynów Güntera Grassa i Charlesa Bukowskiego, a sama książka zdobyła w 1999 roku nagrodę Związku Pisarzy Niemieckich „Najlepsza książka w Dolnej Saksonii i Bremie”. Także w Polsce germański debiut Muszera spotkał się z ciepłym przyjęciem czytelników i krytyków, o czym świadczy choćby nietuzinkowy artykuł Adama Wiedemana, który przeczytał książkę w oryginale i już w 2001 roku napisał w Gazecie Wyborczej: „Rzeczą krytykowaną – i to z niebywałym impetem – jest tu bezsens Historii, spoczywającej na naszych – polskich i niemieckich – karkach niczym bezlitosne jarzmo, które sprawia, iż każdy, kto rodzi się po prawej lub lewej stronie Odry, jest osobnikiem potencjalnie napiętnowanym. Dążenie do 'likwidacji Historii' zyskuje u Muszera wymiar metaforyczny”.

Utopijna powieść „Pole Czaszek”

"Pole Czaszek" to kolejna książka Muszera zajmująca się problemem wolności indywiduum. Jest ona swoistą parabolą biorącą na muszkę naszą współczesną epokę zarówno z jej całą hipokryzją, jak i z jej tragediami – zawinionymi przez nas samych. Powieść ta została w Niemczech opublikowana w 2015 roku i doczekała się także wielu pochlebnych recenzji, przy czym trzeba tu stwierdzić, że jest to zapewne najambitniejsze dzieło w niemieckojęzycznym dorobku polskiego hanowerczyka, a przekładu dokonał znowu sam autor.

"Pole Czaszek" to na pierwszy rzut oka utopijna opowieść science fiction, zawierająca jednocześnie pewną dawkę fantasy. Jednak Muszer nie nazywałby się Muszerem, gdyby nie próbował wyprowadzić czytelnika na manowce: ten sztywny gorset gatunku literackiego jest tak naprawdę atrapą, autor stwarza tylko iluzję, ba, idzie nawet o krok dalej! Książka ta, opowiadająca w zajmujący sposób – jak na powieść przygodową przystało – o perypetiach różnych ras zamieszkujących paralelną Ziemię w multiwersum, jest w rzeczywistości – co zdradza już sam tytuł – opowieścią o naszych ziemskich polach czaszek, a tym sam o znanych nam wszystkim obozach koncentracyjnych, gułagach i wszelkich innych miejscach kaźni XX-go wieku. Jest to więc opowieść o tragedii, która nie powinna się była nigdy wydarzyć i która jest w dodatku przerażającym wytworem przegranych utopii i ideologii, bo to one właśnie stworzyły ten koszmar na Ziemi.

Zadajemy więc sobie po lekturze powieści Muszera następujące pytanie: czy chcielibyśmy żyć na paralelnej Ziemi w multiwersum? Nie, oczywiście, że nie! Niemniej jednak właśnie to pytanie musimy zadać sobie na naszej Ziemi: czy chcemy żyć na takiej planecie, którą, jak sugeruje "Pole Czaszek", w każdej chwili możemy zamienić w piekło? Dlatego tę cudownie zwariowaną i absurdalną powieść Muszera, posiadającą w dodatku wysokie walory rozrywkowo-czytelnicze, trzeba rozumieć w pierwszej kolejności jako przestrogę dla ludzkości, która igra z ogniem, chociaż ma tylko jedno zadanie do spełnienia – stworzenie humanitarnej utopii, w której nie będzie już miejsca dla obozów koncentracyjnych i broni masowego rażenia.

Opowiadania „Człowiek z kowadłem”

Znam tylko dwóch polskojęzycznych pisarzy z „bogatym bagażem niemieckim”, bogatą germańską przeszłością i z ciętym językiem: to Janusz Rudnicki, autor Mojego Wehrmachtu, i właśnie Dariusz Muszer, najważniejsi polscy autorzy, którym udało się ze swojej emigracji zrobić siłę – wycisnąć wszystkie soki ze zderzenia dwóch europejskich literatur i kultur, dwóch języków. I chwała im za to.

Obydwu pisarzy – a propos ciętego języka – łączy pewnego rodzaju ironiczne podejście do prozatorskiego materiału, do swoich tematów, a także ta przedziwna lekkość bytu, którą wyczuwa się na każdej stronie ich prozy. Można im niewątpliwie wiele zarzucić. Ba! Czytelnik o słabych nerwach i kiepskiej znajomości materiału literackiego tych dwóch panów może nawet posądzać ich  o cyniczne spojrzenie na świat, ale    to  byłaby pomyłka: oni są po prostu prawdziwymi dziećmi PRL-u – cynicznego reżimu, który ich nie złamał, nie zabił ich wrażliwości twórczej. I tacy pokrzywieni, ale nie złamani, chodzą po naszym świecie i opisują go bez ogródek, aczkolwiek ze specyficznym, niekonwencjonalnym humorem, który zawsze zaskakuje. Ich proza nigdy nie nudzi.

Dlatego najnowsza książka prozatorska Muszera, zbiór napisanych po polsku opowiadań "Człowiek z kowadłem", zasługuje w tym kontekście na szczególną uwagę. Opowiadania te są mianowicie kolejną próbą Muszera pokazania nam, jak skomplikowane są mechanizmy zła i dobra, jak cienka i krucha jest granica pomiędzy dobrem i złem. Muszer, prawnik z zawodu, co zapewne odgrywa ważną rolę w jego spojrzeniu na świat, wie doskonale, że sprawiedliwość może mieć wiele ojców – dobrych i złych właśnie. Ale prawa nie da się oszukać tak jak nie da się złamać konstytucji.

Tytułowe opowiadanie "Człowiek z kowadłem" zajmuje się również problemem zdrady, ale w społeczeństwie niemieckim, a narzędziem zbrodni staje się kowadło (co można odczytać ironicznie, gdyż w szczególności mordercy potrafią być wyśmienitymi kowalami obcych losów). Narrator, rozczarowany miłością i życiem samotnik i dziwak z Hanoweru, czuje się zdradzony przez swego najlepszego przyjaciela Herberta, dla którego był w stanie oddać wszystko – nawet swoje życie. I kiedy dowiaduje się, że dla Herberta był tylko zabawką i że został przez niego perfidnie wykorzystany, postanawia się okrutnie zemścić: jego pragnieniem jest, aby Herbert poczuł ten sam ból, z którym on musiał się przez całe lata zmagać – ból wynikający z samotności, z braku miłości i respektu. Morduje więc w brutalny sposób jego żonę i dzieci, miażdży ich kowadłem. A o całej tej tragicznej historii dowiadujemy się od roznosiciela reklam, który także jest wyobcowanym nieudacznikiem, ale przynajmniej potrafi latać, ponieważ z tęsknoty za wolnością i miłością wyrosły mu skrzydła. Kowadło spełnia w tym opowiadaniu rolę klątwy i każdy, kto stanie się jego spadkobiercą, będzie też mordował, nawet jeżeli potrafi latać.

Opowiadacz Muszer jest pisarskim kameleonem – potrafi się wcielać w różne postaci i uprawiać różne gatunki literackie, co czyni jego literaturę barwną, zaskakującą i odświeżającą. Muszerowska wizja przyszłości w jego utopijnych opowieściach może się wydawać często przytłaczająca, ale trzeba ją odczytywać jako ostrzeżenie przed upadkiem, czyli jako troskę o przyszłość ludzkości. Ta humanistyczna postawa sześćdziesięcioletniego, polsko-niemieckiego pisarza i tłumacza z Hanoweru jest godna pochwały i podziwu.

Artur Becker, polsko-niemiecki powieściopisarz, eseista i poeta. W Polsce ukazały się jego dwie powieści Kino Muza i Nóż w wódzie. Pieśń o topielcach oraz zbiór esejów Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu.