Marek Kopiński, niespełna 30-letni obywatel PRL, ma wypadek samochodowy. A ściślej – zostaje przez samochód potrącony. Rzecz dzieje się w stanie wojennym. Warszawa to szare, zaniedbane miasto z pustymi sklepami i wojskiem na ulicach. Beznadzieja, chamstwo i koszmarna nuda.
Całe szczęście wypadek okazuje się niegroźny. Gdy Kopiński dochodzi do siebie, okazuje się, że jest tylko poważnie potłuczony. Zaskakujące jest jednak coś innego. Zamiast w zabiedzonym, rozwalającym się komunistycznym szpitalu budzi się w czystej, nowocześnie wyposażonej klinice. Jego łóżko nie stoi na korytarzu, tylko w osobnym pokoju. Za oknem rozciąga się piękne, nowoczesne i zadbane miasto. Ulicami jadą drogie samochody, a sklepy wyglądają jak „muzea wędliniarstwa". Ale najdziwniejsi są ludzie. Nie tylko dobrze ubrani, ale jeszcze – zamiast patrzeć ponuro spode łba – uśmiechają się do innych przechodniów! Bohater zaczyna się zastanawiać, czy nie znalazł się na innej planecie.