Amerykanin jest w Polsce znany m.in. z wybitnego reportażu historycznego „Duch króla Leopolda” (Świat Książki, 2014). Odsłonił w nim okrucieństwo i organizację przemocy rasowej w belgijskim Kongo. Tekst porównywany do Conradowskiego „Jądra ciemności” to studium zła i analiza korzeni późniejszych potworności ludobójstwa w Europie w czasie II wojny światowej. Hochschild potrafi ukazywać przeszłość w sposób głęboko przejmujący, zaprzecza oddaleniu od opisywanych zdarzeń.
Tak jest też w ukazującym się u nas właśnie „Lustrze o północy” (opublikowanym po raz pierwszy w 1990 r.). To zapis trzech warstw czasowych. Główną stanowi podróż Hochschilda do RPA w 1988 r., gdy przemoc, dyskryminacja i rywalizacja o władzę sięgały zenitu. Reporter odwiedził m.in. prowincję Natalu, kluczową dla historii Burów i tam uruchamia drugą - historyczną warstwę opowieści. Prowadzi do wydarzeń, bez których zrozumienie skomplikowanych stosunków politycznych końca XX w. byłoby niemożliwe.

Trzecią warstwę dołożył po latach - wstęp i zakończenie pozwalają osadzić oryginał w kontekście czasowym. I lepiej zrozumieć unikalność głównej części reportażu - Hochschild, nie wiedząc w jak kluczowym momencie przyjechał do RPA, zapisał nabrzmiałą atmosferę kraju na krawędzi dziejów. Wkrótce potem prezydentem został de Klerk, na wolność wyszedł Mandela - doszło do przeobrażeń, których gwałtowności i skali nikt nie przewidywał.

Amerykański reporter znalazł się w oku cyklonu - walk, tortur, aresztowań, cenzury, biedy i codziennego, pospolitego cierpienia. Jego narracja jest gęsta od nazwisk, wypowiedzi, obrazów walk i przemocy, detalicznie rozpisanych stosunków zależności między grupami etnicznymi i organizacjami politycznymi.

Tę intensywność i konkretność można porównać do afgańskiej „Modlitwy o deszcz” Wojciecha Jagielskiego, który zresztą w swych ostatnich książkach o Południowej Afryce - „Wypalaniu traw” i „Trębaczu z Tembisy” znalazł bardziej poruszający i działający na wyobraźnię sposób przedstawienia rzeczywistości politycznej. Polski reporter stworzył rodzaj „powieści non-fiction”, układając autentyczne zdarzenia w RPA we wciągającą narrację.

Tego brakuje w napisanym tradycyjnie i dość płasko reportażu Hochschilda. Nieraz przytłacza on mnogością obserwacji i dokładnością zapisu. Z drugiej strony - owa precyzja i namacalność opisanych wydarzeń stanowią bezcenną po latach zaletę.

Więcej emocji budzi część historyczna; w tej dyscyplinie Hochschild jest mistrzem. Opisuje stoczoną w 1838 r. bitwę Nad Krwawą Rzeką. Z wielotysięczną armią króla Zulusów walczyło kilkuset voortrekkerów - pionierów, którzy po przejęciu władzy przez Brytyjczyków wyruszyli w głąb kontynentu, by zakładać niepodległe burskie republiki.

Dzieje Wielkiego Treku i jego następstwa stanowią oś książki. Burowie pokonali czarnoskórych dzięki broni palnej. Nim do tego doszło, złożyli Bogu przysięgę i zgodnie z nią 150 lat później, gdy Hochschild zjawia się w RPA, potomkowie Burów celebrują rocznice walki i pielęgnują afrykanerski nacjonalizm.

W posłowiu autor notuje, że od powstania reportażu w RPA zmieniło się zaskakująco niewiele. Stosunki władzy, przejawiające się m.in. w dostępie do ziemi, urzędów publicznych i wody pitnej, stanowią klarowną konsekwencję układu sił ustanowionego w XIX stuleciu.

Tekst Hochschilda to klasyka reportażu politycznego i zaangażowanego. Jeden z najważniejszych przykładów tego, jak wnikliwy autor, który znalazł się we właściwym miejscu i właściwym czasie, zostaje kronikarzem przełomu. Można tylko żałować, że Hochschild - lub inny reporter tej klasy - nie wsiadł w 1988 roku do samolotu lecącego do Warszawy.
 

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ