Włoski autor i wydawca komiksów Igor Tuveri (pseudo Igort), lat 54, przez prawie dwa lata podróżował po Ukrainie. Powstał mistrzowski komiks.
Trzon rysowanego/pisanego reportażu stanowią relacje spotkanych osób. Niechętnie otwierali się przed włoskim „intruzem". Dopiero gdy nabrali zaufania, dzielili się wspomnieniami sprzed lat. Ujawniali, jak żyło się za czasów ZSRR, jak jest obecnie.
Rysunki „Igorta" są w większości realistyczne. Jednak tam, gdzie trzeba uogólniać, autor sięga po wizualną metaforę, parafrazuje słynne dzieła sztuki („Guernicę" Picassa lub plakat Rodczenki propagujący czytelnictwo).
Tom zadedykowany został Serafinie Andriejewnej. „Igort" poznał ją, gdy miała ponad 80 lat, zmarła, gdy kończył pracę nad komiksem. Była czterolatką, kiedy ruszył projekt kolektywizacji ukraińskiego rolnictwa. W jej pamięci pozostał koszmar: ból i choroby wywołane wygłodzeniem, śmierć szerząca się dookoła, strach, by nie zostać... zjedzonym. Śmierć jednych pozwalała bowiem przetrwać innym.
Funkcjonowanie w Kraju Rad i trudne powojenne czasy sprzyjały degeneracji etycznej i degradacji materialnej. Mówi Nikołaj Wasilewicz, rocznik 1926: „Gdy nie miałem jeszcze trzech lat, mama urodziła drugie dziecko, a mężczyzna, który z nią wtedy był, spakował się i odjechał, podobnie jak jej pierwszy mąż. Sama nie dawała rady wychować dwójki dzieci. Była zmuszona oddać niemowlę do sierocińca".
Nikołaj starał się funkcjonować „normalnie", dopóki nie przyplątały się choroby. „Zbyt długo pracowałem w złych warunkach i na pewno nie odżywiałem się jak trzeba. Lekarze ostrzegali mnie: Teraz jesteście sparaliżowani, towarzyszu Chmieluk. Uważajcie, żeby nie przeciągnąć struny, bo umrzecie".
Opowieść staje się niemal surrealistyczna: sparaliżowany człowiek uprawia samodzielnie ogródek, poruszając się na czworakach. Wiadro z wodą nosi w zębach; żywi się tym, co ziemia rodziła. I ćwiczy. Stopniowo odzyskuje mowę i władzę w ciele. Na Chmieluka spada coraz to nowy cios – a on trwa.
Opowieści Serafiny, Nikołaja i innych bohaterów prowadzą ku współczesności kraju, który uważa się za niezależny, pretendujący do członkostwa w UE. To tylko fasada. Czym karmią się nadzieje mieszkańców? Czy mają jakiekolwiek optymistyczne perspektywy?
„Igort" nie kusi się na stawianie diagnoz; znów oddaje głos rozmówcom. Młodzi nie wiedzą, jak żyć; nie snują marzeń, bo nikt ich tego nie nauczył; nie mają nadziei. Ziemia, ongiś nadzwyczajnie żyzna, została porzucona; kołchozy zlikwidowane. Zakończenie komiksu poraża pesymizmem. Jeden z rozmówców dyskretnie przekazuje autorowi list: „W Związku Radzieckim żyło się w dobrych warunkach. Każdy miał pracę, wszystko było tanie (...) Na Ukrainie od czasu niepodległości, w ciągu 18 lat, zmarło 7 milionów. Ludzie nie mają pracy. Ceny wzrosły i nikt nie widzi końca".