Tegoroczny wybór też niekoniecznie był strzałem w dziesiątkę i prawdę mówiąc wywołał więcej konsternacji niż zachwytu. Może dlatego, że Chińczyk i wcale nie dysydent – choć po prawdzie Chinom i Chińczykom dostaje się w jego książkach całkiem nieźle. Ale może po prostu jego książki wydawały się mieć jednak mniejszy kaliber niż powieści Murakamiego czy Munro.
Tak czy siak statuetka trafiła w ręce Mo Yana, autora choćby wydanych w Polsce książek „Kraina wódki" oraz „Obfite piersi, pełne biodra". I jeśli o mnie chodzi, to będę tego Mo Yana trochę bronił.