Black Eyed Peas przehandlowali swoją wyobraźnię za popularność wśród nastolatków, którym ten album szalenie się podoba. Każda piosenka, to kandydatka na przebój. Komercyjna siła albumu jest wielka, ale nie wynika z muzycznej jakości, tylko rynkowego instynktu.

Will.I.Am i jego zespół potrafią się odnaleźć w każdej konwencji: dotąd łączyli hip-hop, r&b i funk, nowa płyta też jest koktajlem, ale zdominowanym przez aranżacje w stylu dance. Można się upierać, że taki komputerowy kostium jest wzorem muzycznej nowoczesności, myślę jednak, że kompozycjom blisko do prymitywnej oferty dyskotekowej, pospolitej rąbanki z kilkoma łatwymi do zapamiętania wersami. Niby produkcje na światowym poziomie, z nawiązaniami do electro i bitów „Billie Jean” Jacksona, ale mam wrażenie, że to przejażdżka starym, podrasowanym BMW, które wciąż jest symbolem dresiarstwa, szpanu i fatalnego gustu.

Słychać śpiew przetworzony przez wokoder, przesterowane dźwięki rodem z kiepskiego techno i atak plastikowych bitów, które mają przedziwne działanie: nie zapraszają do tańca, tylko walą po głowie ogłupiając („Meet Me Half Way”). Czasem wloką się i nudzą jak u 50 Centa („Imma Be”) lub łączą z niby-punkową energią jak u Katy Perry („Gotta Feeling”). W gruncie rzeczy Black Eyed Peas nie oferują niczego nowego, a pionierzy wysmakowanej elektroniki złapią się za głowy - po raz kolejny sukcesy świętuje zubożona wersja ich dawnych pomysłów.

Podobne, sztuczne brzmienie sprawdziło się na wydanej kilka miesięcy temu płycie Kanye'go Westa „808s & Heartbreak”, bo elektroniczny chłód i pustka odzwierciedlały jego osobistą tragedię: ból i depresję. Na „The E.N.D.” nic podobnego się nie dzieje. Są tępe refreny w stylu: „Tęsknię za twoją miłością” albo „Dzięki tobie czuję, że żyję”, ale nie stoją za nimi prawdziwe uczucia.

Upaść niżej niż w „Ring-A-Ling” chyba się nie da - to utwór o komórkach, refren imituje dzwonek, a w zwrotkach padają żenujące zdania, np.: „Nie chcesz uprawiać ze mną seksu? To po co wypisujesz SMS-y?”. A więc Black Eyed Peas jest dziś zespołem na usługach dzieciaków, które idąc przez życie gapią się w ekran komórki.

Jedyny utwór godny uwagi, to „Generation Now”, czyli „Pokolenie Teraz”. Jego przedstawiciele chcą szmalu i komfortu. Nie w przyszłości, gdy na niego zapracują, ale już, natychmiast. Zamiast tożsamości mają login, ich nauczycielem jest Google, a miejscem spotkań - Facebook. A Black Eyed Peas, zamiast dać im impuls do refleksji, właśnie sprezentowali hymn, który można z dumą wykrzykiwać na imprezach.

Skoro wszystko ma być tu i teraz, to nie czekając do grudnia już dziś gratuluję Black Eyed Peas najlepiej sprzedającej się płyty 2009 r.

[i]„Black Eyed Peas”, „The E.N.D”, Universal Music, 2009 [/i]