Korespondencja z Wenecji

W „Arrival” na ziemi ląduje UFO. Przedstawiciele pozaziemskiego świata mają szare nogi wyglądające jak kogucie krogulce i wypuszczają z nich dziwne, nieregularne koła, które okazują się ich pismem.

Armia mobilizuje więc do pomocy młodą specjalistkę od komunikacji językowej. Widz poznaje ją wcześniej: przez ekran przewija się historia jej macierzyństwa: szczęście obcowania z córką, pięknie się rozwijającą, coraz więcej rozumiejącą i czującą, a potem tragedia – śmierć nastolatki dotkniętej terminalną chorobą.

Louise nawiązuje kontakt z obcymi. Ma ogromną wiedzę i ponadnaturalne zdolności. Napisanie o tym filmie czegokolwiek więcej, byłoby już spoilerem. Widz sam musi przebić się przez nieoczywistą, skomplikowaną fabułę, towarzyszyć Louise w jej trudnej, emocjonalnej podróży. Odczytać intencje twórców: może wśród pozaziemskich stworów zobaczyć opowieść o macierzyństwie? A może zrozumieć, że każdy jest na Ziemi po coś?

Denise Villneuve nie pojawił się na weneckiej konferencji prasowej, bo zatrzymały go na Węgrzech zdjęcia do sequelu „Blade Runner”. Reżyser ma przyjechać na Lido w przyszłym tygodniu. Ekipę reprezentowała dwójka głównych wykonawców — Amy Adams i Jeremy Renner.

- Zawsze zadaję reżyserom to samo pytanie: „Dlaczego chcesz mnie zatrudnić?” - opowiadała aktorka. - Jeśli odpowiedzą „Bo potrzebuję kogoś, kogo publiczność polubi”, od razu kończę rozmowę. Denise na moje pytanie odpowiedział inaczej: „Chcę wiedzieć, co moja bohaterka myśli, a na twojej twarzy odbija się to, co masz w duszy”.

Z kolei Renner stwierdził, że „Arrival” jest opowieścią o komunikowaniu się, nawiązywaniu kontaktu i bliskości, a do tego słowa są niepotrzebne.

- Jak coś mi nie wychodzi w rozmowie, to zawsze przez słowa. Najlepiej komunikuję się niewerbalnie – stwierdził.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Szkoda, że do takiego samego wniosku nie doszedł Wim Wenders, który zekranizował tekst swojego przyjaciela Petera Handke „Piękne dni Aranjuesa”. 

Pisarz w domu z ogrodem. Lato. Soczysta zieleń. Ogród nieziemskiej piękności, w którym dwoje ludzi prowadzi niekończącą się konwersację. Mężczyzna pyta, kobieta opowiada. O pierwszych doznaniach erotycznych, miłości, małżeństwie, różnicach w męskim i kobiecym sposobie postrzegania świata.

- Nigdy dotąd nie zrobiłem takiego filmu — wyznaje Wim Wenders. - Nie dlatego, że jest oparty na tekście napisanym na scenę. Nie dlatego, że aktorzy mówią po francusku. Nie dla tego, że to fabuła zarejestrowana w 3D. Nie dlatego, że akcja toczy się w jednym miejscu. Nie dlatego, że zdjęcia trwały tylko 10 dni. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy wszystkie moje założenia i plany spełniły się - dodaje.

W „Pięknych dniach Aranjuesa” Wenders ucieka od gwaru świata, próbuje wciągnąć widza w inną rzeczywistość, w zadumę nad życiem, relacjami, w kontemplację piękna i muzyki. Przepięknie brzmi w tym filmie piosenka Lou Reeda „The Perfect Day”. Na chwilę pojawia się w tym filmie rozpisanym na trzy role – Nick Cave. 

To miało być wytchnienie, zatopienie się w świecie pełnym poezji i piękna. Taki świat już gdzieś odpłynął i Wenders o tym wie. Tylko czy tak boleśnie nudno i pretensjonalnie musi się o tym przekonywać widz?

Supernowoczesny, naszpikowany efektami specjalnymi „Arrival” i wyciszony, ogrodowy dialog „Pięknych dni...” różni wszystko: styl filmowania, temperatura, budżet. Ale łączy idea. Filmy Wendersa i Villeneuve’a to dwa spojrzenia w głąb duszy.  Próba uporania się z emocjami, zrozumienia siebie. Artyści muszą takie próby czasem podejmować. Nawet licząc się z ryzykiem porażki.