Fani jazzu nie musieli wybierać. Choć występy Bridgewater (Era Jazzu) i Bottiego (Jazz raz po raz) zaczynały się o tej samej porze, dodatkowy koncert amerykańskiego trębacza pozwolił cieszyć się z dwóch fenomenalnych wydarzeń jednego dnia.
Dwa jazzowe standardy „Afro Blue” i „Compared to What” spięły klamrami występ Dee Dee Bridgewater w sali Kongresowej. Jednak to, co publiczność zapamięta, to dynamicz-ne afrykańskie rytmy i pełne ekspresji popisy amerykańskiej wokalistki i jej afrykańskich partnerów.
Koncertem Dee Dee Bridgewater rozpoczęła europejskie tournée prezentujące repertuar z ubiegłorocznego albumu „Red Earth”. W trasie towarzyszy jej międzynarodowe jazzowe trio oraz czterech muzyków i dwoje wokalistów z Mali. Najwięcej braw zebrały duety Bridgewater z Mamani Kéita m.in. w piosence „Dee Dee”. Przez chwilę nawet wydawało się, że swym mocnym, dźwięcznym głosem Mamani przyćmi Bridgewater.
Amerykanka znalazła w Mali korzenie, a w jej afrykańskich zaśpiewach słychać było, że traktuje już tę muzykę jak własną.
Koncert miał dwa kulminacyjne momenty. Gdy zespół wykonał „Footprints” Wayne’aShortera, Bridgwater powiedziała: – Kiedy Wayne jej posłuchał, powiedział, że powinnam nadać jej inny tytuł, bo teraz to moja piosenka. A później wykonała porywającą wokalizę. Druga kulminacja nastąpiła w tytułowym temacie „Red Earth”, w którym solówkę na gitarze elektrycznej zagrał 16-letni syn artystki Gabriel.
To był z pewnością najlepszy z koncertów Dee Dee Bridgewater w Polsce i najciekawszy projekt łączący jazz z etniczną muzyka afrykańską.
W tym samym czasie w Filharmonii Narodowej Chris Botti przekonał niedowiarków, że jest nie tylko gwiazdą muzyki pop. Największe przeboje, które na płytach sprawiają wrażenie dopieszczonych w każdym szczególe, ale czasem nie dość namiętnych, wczoraj zagrał z jazzową pasją.
Najpierw punktowy reflektor wyłowił z mroku smukłą sylwetkę muzyka. Botti, w czarnym garniturze, zagrał pierwsze takty „Ave Maria”. Na pianinie znakomicie akompaniował mu Peter Martin. Przejmujący hymn płynnie przeszedł w zmysłowe, dynamiczne „When I Fall in Love”, gdzie jak najlepiej zaprezentowali się gitarzysta Mark Whitfield, perkusista Billy Kilson i basista Bob Hurst.
– Przywitaliśmy was największym przebojem z mojej najnowszej płyty „Italia” – powiedział Botti. – Pewnie nie wiedzieliście, że to ja skomponowałem „Ave Maria”? – dodał żartem. Potem sięgnął po popularyzowane przez Luciano Pavarottiego „Caruso”. Natomiast hołd swojemu mistrzowi, Milesowi Davisowi, oddał nastrojową interpretacją „Flamenco Sketches”.
Na scenie pojawiła się też niezwykłej urody wokalistka Sy Smith, prywatnie kuzynka Whitfielda. Publiczność podbiła żywiołowym wykonaniem tytułowego utworu z albumu „The Look of Love”, a zwłaszcza piosenką „What’ll I Do?”, gdzie nawiązała z trębaczem pełen finezji dialog. Kulminacją wieczoru było znakomicie zaaranżowane „Cinema Paradiso”. Ten utwór nasunął Bottiemu koncept całego albumu „Italia”.
By zabisować, Botti zeskoczył ze sceny. Uśmiechnął się do blondynki siedzącej w pierwszym rzędzie i zagrał „One For My Baby” – standard swego drugiego mistrza Franka Sinatry.