Absolutnym pewniakiem w repertuarze amerykańskiej artystki jest „Tom’s Diner”. Dlatego zwykła go grać dwukrotnie. Za pierwszym razem na początku, w wersji a cappella. Za drugim – na koniec koncertu, kiedy to z wydatnym udziałem zespołu zmienia numer w funkową petardę, przy której nie sposób spokojnie siedzieć.

Ci, którzy kojarzą Suzanne Vegę nie z „Tom’s Diner”, a z „Lucą”, muszą na ten utwór długo czekać. Zostawiany jest bowiem na deser. Ale warto – smutna historia o przemocy w domowym zaciszu grana jest bezbłędnie i wzruszająco. Dwa lata temu

to właśnie ona zapadła w pamięć warszawiaków najmocniej. Z pewnością nie tylko z powodów sentymentalnych.

Wokalistka stawia bowiem na intymny kontakt ze słuchaczami. Lubi odstawić zespół na boczny tor, sięgnąć po gitarę (którą posługuje się zresztą znakomicie) i wyznać audytorium małe co nieco. Dlatego kameralny, zawsze poprzedzany przejmującą historią Powstania „Gypsy” robi wielkie wrażenie.

Podobnie „Blood Makes Noise”, w oryginale rzężący, syntetyczny, napastliwy numer, wspomnienie z industrialno-folkowego okresu twórczości. Na żywo nieco przekornie ograniczono go do wirtuozerskich partii gitary basowej i szybkiego, napędzającego całość wokalu. Kto nie wierzy, że to wystarczy, powinien zajrzeć na portal Youtube.com. Znajdzie tam wiele jego wersji, a wśród nich tę ze Szczecina.

Najwierniejsi fani Suzanne Vegi, kibicujący jej od czasów wydanego w 1985 r. debiutu, nie są odprawieni z kwitkiem. Czekają zwykle na „Marlene On The Wall”, ale to wykonywane na bis „The Queen And The Soldier” wyciska z nich łzy. Wypada ponoć tak pięknie, że szlochają nawet mężczyźni.

Na szczęście artystka nie jest skazana na odgrywanie szlagierów z przeszłości. Na wydanej przed dwoma laty płycie „Beauty & Crime” znalazły się rzeczy wielkie, w salach koncertowych zaś dodatkowo zyskujące. Taką opinię ma na przykład „Angel’s Doorway” skoncentrowany na tragicznych wydarzeniach z 11 września, za to pozbawiony patosu. Nieobecna na płycie, nieco celtycka aranżacja przydaje mu elegancji.

Perłą w koronie ostatniego wydawnictwa jest jednak „New York Is A Woman”. O tym, czy Nowy Jork rzeczywiście jest kobietą, można by dyskutować, ale wśród delikatnych fortepianowych dźwięków i subtelnych gitarowych akordów wygląda pięknie. Gdy piosenka rozbrzmiewa, wszyscy czują się nowojorczykami. Oby tylko Warszawa nie poczuła się zazdrosna.

[i]Warszawa; Sala Kongresowa, godz. 20, bilety 70 – 260 zł[/i]