[b]Rz:[/b] Pana pseudonim artystyczny skrywa włoskie pochodzenie, proszę powiedzieć czy opera i serenady miały wpływ na pana muzykalność?

[b]James Ronnie Dio:[/b] Jestem dumny z tego, że moja rodzina pochodzi z Włoch. Wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, ale zachowała narodowe obyczaje i kulinarne przyzwyczajenia. Wychowywałem się w wesołym chaosie, pełnym pokrzykiwań, emocjonalnych rozmów przy makaronie i czerwonym winie. Maczanie chleba w oliwie to czysta poezja, prawda? Wszystkim południowym rytuałom towarzyszyła oczywiście muzyka.

[b] Czy stąd wziął się pana wokalny styl - rodzaj hard rockowego belle canto?[/b]

Nie wyobrażam sobie śpiewania bez znajomości Wagnera i Vivaldiego. Moi koledzy po fachu przyznają się czasami do słuchania Pavarottiego, ale to tylko wprawka dla przedszkolaków. Trzeba słuchać muzyki klasycznej, bo pogłębia muzykalność, uczy myślenia o formie i nastroju, ważnym w hard rocku. Chociaż moja muzyczna edukacja zaczęła się od nauki gry na trąbce, śpiew okazał się ważniejszy. To także wpływ opery.

[b]Muzycy grający ciężkie odmiany rocka pokazują demoniczne miny i pozy, mają fryzury i kostiumy niczym z horroru. Nie uważa pan, że starsi panowie powinni dać sobie spokój z taką zabawą?[/b]

Nie widzę powodu, by po muzyk czterdziestce musiał wbijać się w smoking. Nie po to rzuciłem orkiestrę dla rockowego zespołu, by się teraz ograniczać. Kostiumy łączą się z konkretną estetyką, tematyką tekstów, brzmieniem utworów. Są elementem scenicznej całości, jak opera. Fantastyczne postaci z Wagnera nikogo nie śmieszą. W hard rocku też nie powinny.

[b] A gdy śpiewa pan o smokach, rycerzach i złych mocach, jest to dla pana tylko sprawa konwencji, czy traktuje pan to serio? [/b]

Oczywiście, że serio! Wyobraża sobie pan, że wchodzę na scenę i śpiewam, że ona i on idą plażę i całują przy promieniach zachodzącego słońca? Boże broń od takiego banału! Rock jest muzyką buntu i kreacji. Pozwala przeżyć to, czego nie można doświadczyć na co dzień. Zawsze wolałem prozę fantasy od realistycznej, postaci będące dziełem wyobraźni od zwykłych ludzi, których mogłem spotkać na ulicy. Ale mam też zdrowy dystans do wszystkiego. Dlatego moją ulubioną książką jest "Paragraf 22" Hellera. Czytałem ją z kilkadziesiąt razy.

[b] Jest ciemna karta hard rocka i powstałych na jego fundamencie gatunków - satanizm, zabijanie zwierząt na scenie. Co pan o tym sądzi?[/b]

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

To nie ma nic wspólnego z muzyką. Jeśli ktoś morduje zwierzęta podczas koncertów powinien wybrać pracę w rzeźni, a już na pewno pójść do psychiatry. Oczywiście krwawe spektakle mają długą tradycje, m. in. w Rzymie. Ale ja cyrku nie lubię. Nie podoba mi się męczenie zwierząt.

[b] Potrafi pan zrobić na koncercie diaboliczną minę, a przecież jest pan sympatycznym dżentelmenem. Nie słyszałem o żadnych pana ekscesach.[/b]

Rzeczywiście zaliczam się raczej do grzecznych chłopców. Całą energię wkładam w śpiew, występy, komponowanie. Dają mi tyle satysfakcji, że nie ma mowy o złych emocjach. Narkotyki i alkohol nie są mi do niczego potrzebne, a widziałem ilu muzykom zniszczyły życie. To dramaty, które często miały korzenie w nieszczęśliwym dzieciństwie. Moje było wspaniałe, zawsze mogłem liczyć na swoich kochanych rodziców i rodzeństwo. Cenię sobie też profesjonalizm. Naprawdę nie rozumiem, jak można zawieść fanów i odwołać koncert z powodu kaca lub imprezy.

[b]

Jednym z najbardziej kapryśnych muzyków jest Ritchie Blackmore, który odchodząc z Deep Purple założył z panem Rainbow. [/b]

Nie mogę o nim powiedzieć złego słowa, chociaż nie mamy kontaktu od kilkunastu lat, od czasu, gdy przeszedłem z Rainbow do Black Sabbath. Kiedy śpiewałem w grupie Elf, dał mi szansę dokonać czegoś więcej. Wiele od niego się nauczyłem, również tego, że zawsze trzeba tworzyć czytelne reguły współpracy. Zawsze ich przestrzegaliśmy. Także tej, że nie obrzucamy się błotem w mediach. To kwestia profesjonalizmu i wzajemnego szacunku.

[b] Dziwię się bezgranicznemu uwielbieniu dla Black Sabbath z Ozzym Osbournem. Do najlepszych albumów zaliczam nagrane z panem, „Mob Rules”i koncertowy "Live Evil".[/b]

Miło mi to słyszeć. Myślę, że na tych albumach Black Sabbath osiągnął znakomite brzmienie, a Tony Iommi wzniósł się na wyżyny gitarowej wirtuozerii. Nigdy wcześniej nie grał tak wspaniale.