Pierwsze koncerty odbywającego się od środy festiwalu zdominował główny nurt jazzu reprezentowany przez młodzież i weteranów. Choć występujący w duecie saksofonista Archie Shepp i pianista Joachim Kühn w latach 60. zaliczani byli do awangardy, dziś nie wnoszą do jazzu nic nowego. Ale sama możliwość posłuchania brzmienia saksofonu tenorowego Sheppa była wystarczającym magnesem, by przyjechać do Bielska-Białej.
Sędziwy jazzman, który pozostawał w cieniu Johna Coltrane'a, choć w improwizacjach był równie radykalny, odebrał nagrodę Stowarzyszenia Sztuka Teatr - Anioła Jazzu. - Dla ikony jazzu, giganta saksofonu, dramaturga i poety wolności, artysty ognia i gniewu, pasji i miłości - powiedział podczas uroczystości dyrektor festiwalu Jerzy Batycki.
Trzeba się cieszyć, że muzycy z epoki narodzin free-jazzu jak Archie Shepp, a trzy miesiące wcześniej również występujący w Bielsku-Białej Pharoah Sanders, potrafią dziś przenieść słuchaczy w inną muzyczną epokę. Shepp swą grą przypomina o trudnym życiu jazzmana, który nigdy nie próbował przypodobać się słuchaczom. Wiek jednak zrobił swoje. Shepp nie rozwija już swoich improwizacji jak niegdyś. Podczas dwugodzinnego koncertu nastrojowych tematów pochodzących z albumu „Wo! Man" zdarzały mu się powtórzenia . Dość schematycznie akompaniował Joachim Kühn, choć wielu pianistów może mu pozazdrościć nienagannej techniki i krystalicznie przejrzystego brzmienia.
Z wielkim oczekiwaniem bielska publiczność powitała młodego, amerykańskiego trębacza Ambrose'a Akinmusire'a. Bo jeśli muzyk debiutuje w wytwórni Blue Note tak dobrym albumem jak „When The Heart Emerges Glistening", na scenie musi być jeszcze lepszy. Sensacji jednak nie było. Jego kwintet złożony z równie młodych jak on muzyków z wyjątkiem doświadczonego już perkusisty Kendricka Scotta zagrał w mało porywającym stylu. Oczywiście Amerykanom nie można odmówić pewności siebie, ciekawych solówek i perfekcyjnej sekcji rytmicznej. Spodziewałem sięjednak rozwinięcia na scenie pomysłów z obiecującego albumu. Kwintet Ambrożego zagrał jednak zachowawczo, to dziś za mało, żeby publiczność zatrzymać na dłużej.
Udało się to kwintetowi młodego skrzypka Adama Bałdycha, którzy w występ włożył więcej serca. Bałdych przywiózł do Polski doświadczenie z Ameryki i perkusistę Danę Hawkinsa. Jego energia i doświadczenie z zespołów funkowych i r'n'b rozpędzała zespół i dodawała skrzydeł solistom. Utwory z albumu „Magical Theatre" zaczynały się łagodnie, by rozwinąć się w solówkach lidera lub saksofonisty Macieja „Kocina" Kocińskiego, kompozytora nominowanego do tegorocznego Fryderyka.
Zjawiskiem samym w sobie był występ hiszpańskiej wokalistki Buiki, która ma swoje korzenie w Afryce, wychowywała się w środowisku Romów, a zafascynował ją jazz, blues i flamenco. Buika jest muzyką i trochę szamanką, bo zaczarowała bielską publiczność tak jak kiedyś warszawską. W stylu Joe Zawinula akompaniował jej na instrumentach klawiszowych Scott Kinsey, który przyleciał do Polski tuż przed koncertem. To było ich pierwsze spotkanie na scenie i wypadło znakomicie.
Buika każdemu tematowi nadawała oryginalny styl. Ballada Abbey Lincoln „Throw it Away" wydała się afrykańskim protest-songiem. Słynne miłosne wyznania napisane przez Jacquesa Brela „Ne me quitte pas" zadedykowała Edith Piaf, a zaśpiewała bardziej ekspresyjnie niż legenda francuskiej piosenki.
W swoim żywiole poczuła się dopiero w drugiej części koncertu, gdy była prawdziwą pieśniarką flamenco. Nie dała się prosić długo o bisy. Jeden zaśpiewała w duecie z perkusistą, drugi już w trio. Trudno powiedzieć, jak daleko ta muzyka byla od jazzu. Z pewnością miała jazzowy feeling, jazzowego klawiaturzystę i była w pełni improwizowana.
Dziś na Bielskiej Zadymce Jazzowej muzyka klubowa w wykonaniu francuskich prowokatorów z grupy NoJazz i didżeja Balata. Odbędzie się także finał tradycyjnego konkursu.