Słońce, czerwony dywan, gwiazdy, Marilyn Monroe patrząca z plakatu na nieprzebrane tłumy przetaczające się po nadmorskim bulwarze Croisette. W Cannes ruszył najsłynniejszy festiwal filmowy świata.
Organizatorzy imprezy lubią mieć w swojej orbicie wielkie osobowości - artystów o wyrazistym charakterze. Na inaugurację wybierają jednak zazwyczaj wystawne hollywoodzkie produkcje, przywożące do Francji ekipę pełną wielkich gwiazd. Tym razem udało im się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: „podkupili" stałego bywalca konkurencyjnego festiwalu w Wenecji - Wesa Andersona.
- To wielka indywidualność amerykańskiego kina, wielbiciel Felliniego i Renoira, wrażliwy i niezależny filmowiec - mówi o Andersonie dyrektor artystyczny festiwalu Thierry Fremaux. - A jego „Moonrise Kingom" jest świadectwem wspaniałej twórczej wyobraźni i wolności.
- Zrobiliśmy ukłon w stronę amerykańskiego kina niezależnego - dodaje legendarny szef imprezy Gilles Jacob.
43-letni Wes Anderson uchodzi za wiecznego chłopca. Wysoki, z opadającymi na ramiona włosami i fantazją dziecka wracał już do swojej młodości w „Genialnym klanie" czy „Podwodnym życiu" ze Stevem Zissou. Teraz też nie ukrywa, że opowiada historię zainspirowaną własnymi wspomnieniami.
- Od dawna chciałem zrobić film o romansie dwojga dzieciaków - przyznaje. - Jako dwunastolatek szaleńczo zakochałem się w swojej koleżance rówieśniczce. Byłem gotowy dla niej rzucić wszystko. Nie udało mi się, ale teraz wskrzeszam w sobie tamte emocje i marzenia. Wbrew pozorom w dzieciństwie uczucia traktuje się znacznie poważniej niż potem, w dorosłym świecie.
Rezolutny okularnik
„Moonrise Kingom" to historia dwojga 12-latków, którzy postanawiają razem uciec i zacząć wspólne życie. Chłopiec jest sierotą, dziewczynka ma rodziców i trzech małych braci, ale w domu czuje się potwornie samotna. W rolach głównych występują dzieciaki, które po raz pierwszy stanęły przez kamerą. Anderson szukał ich dziesięć miesięcy, robiąc wiele castingów i zdjęć próbnych.
- Jared Gilman podbił mnie nie tyle w czasie przesłuchania, ile potem: gadaliśmy trochę, a on mnie cały czas rozśmieszał - opowiada Anderson.
Teraz 13-letni Jared siedzi obok niego na konferencji w Cannes. Mały, rezolutny okularnik. Przy nim jego filmowa partnerka Kara Hayward - długie włosy, szczupła, o wyglądzie młodziutkiej modelki. A obok nich cała plejada gwiazd.
- Uwielbiam pracować z Wesem - uśmiecha się Bill Murray. - Lubię kino artystyczne, czyli takie, w którym gra się prawie za darmo. Choć dobrze, że są też inne filmy, bo można w nich zarobić na życie.
- Wes jest kompletnie zwariowany. W „Moonrise Kingdom" są sceny, których nie wymyśliłby żaden scenarzysta. Oczywiście poza Wesem - mówi Bruce Willis. Wcielił się w smutnego policjanta, który doskonale rozumie uciekającego chłopca.
Edward Norton, odtwórca roli szefa harcerskiego obozu, z którego ulatnia się mały bohater, dodaje:
- Zagrałem faceta dokładnie takiego, jakim jest Wes. Bez szczypty cynizmu, optymistycznie patrzącego w przyszłość. Kiedy miałem jakiś problem, prosiłem: „Hej, Wes, powiedz tę kwestię, a potem powtarzałem ją tak samo.
Śmiech i gorycz
„Moonrise Kingdom" jest utrzymane w typowym dla Andersona stylu: trochę tu surrealizmu, trochę zgrywy, ale śmiech podszyty jest szczyptą goryczy. Jak wtedy, gdy Suzy mówi do Sama: „Ja też chciałabym być sierotą. Masz lepsze życie ode mnie.
Film Amerykanina jest triumfem nieograniczonej fantazji. Podobnie jak nowa animacja „Strażnicy marzeń", której fragmenty zaprezentował wczoraj w Cannes Jeffrey Katzenberg, szef studia DreamWorks. Erupcja wyobraźni, wielki urok i nieprawdopodobna technika 3D: ptaszki latają nad głowami widzów, a bohaterowie są wręcz na wyciągnięcie ręki. I piękna historia, oparta na serii książek Williama Joycea. Strażnicy marzeń chronią dzieci, które są w niebezpieczeństwie, pilnują, żeby w każdym z nas pozostało cokolwiek z młodzieńczych marzeń.
- Te filmy są bardzo ważne - powiedział po projekcji Alec Baldwin, który udzielał głosu jednej z postaci. - Kiedyś wszyscy czytaliśmy książki. Dzisiaj dzieci uczą się wrażliwości, siedząc przed ekranem.
I tak w pierwszym dniu festiwalu organizatorzy przypomnieli o magii kina. Następne nie będą już tak pogodne, bo, jak mawiają filmowcy, kino jest lustrem świata. Powrócą więc
Cannes hołubi wielkie, reżyserskie gwiazdy. W tym roku w konkursie znalazły się nowe filmy mistrza kina francuskiego Alaina Resnais, laureatów Złotych Palm w poprzednich edycjach - Michaela Hanekego, Kena Loacha, Abbasa Kiarostamiego i Cristiana Mungiu, zdobywców nagród - Davida Cronenberga, Matteo Garrone, Thomasa Vinterberga i Jacques'a Audiarda czy uhonorowanego berlińskim Złotym Niedźwiedziem Waltera Sallesa. Jury pod przewodnictwem Nanniego Morettiego oceni filmy z sześciu kontynentów. Europę Wschodnią poza Mungiu reprezentuje Sergiej Łoźnica.