Jeszcze nie skończono komentować magicznego koncertu Melody Gardot w Wiedeńskiej Operze, a na scenę pamiętającą największe muzyczne wydarzenia poprzedniego wieku wszedł jeden z najsłynniejszych pianistów w historii jazzu - Herbie Hancock.
Rozświetlona kryształowymi kandelabrami sala musi każdego artystę mobilizować do największych wyczynów. Hancock, który wydaje się opierać czasowi, postanowił połączyć brzmienie nowego kwartetu ze sprawdzonym repertuarem. Tylko z najlepszymi muzykami gra swój utwór „Seventeen", ale tego wieczoru zdecydował się połączyć go z hitem „Cantaloop Island" spopularyzowanym przez hip-hopową formację Us3. Co ciekawe, obstawiony kilkoma klawiaturami i monitorami komputerów, częściej grał solówki na fortepianie Fazioli.
Jednym z najlepszych tematów, jaki napisał jest jednak „Maiden Voyage", standard będący wyzwaniem dla każdego improwizatora. Ale największym jednak dla samego autora. Hancock wykonał solo ujmujący wstęp pokazując w kilkanaście minut kunszt artysty obdarzonego wybitną wrażliwością. Jego harmonie układały się w obrazy pobudzające wyobraźnię i zadziwiające prostotą. A tu już cecha mistrzów.
Po trzydziestu latach zdecydował się wykorzystać ponownie vocoder, urządzenie pozwalające na modulowanie głosu. Niegdyś nagrał na nim futurystyczny, popowy album, ale jak podkreślił, dopiero teraz zdecydował się zaśpiewać na scenie wykorzystując jego możliwości.
Nowa wersja przeboju „Rock It" kontrastowała z dostojnym wystrojem Wiedeńskiej Opery. Hancock chwycił przenośną klawiaturę, wyszedł zza syntezatorów na brzeg sceny i zagrał pasjonujące duety z basistą i gitarzystą wyginając się niczym gitarzysta.
Na bis zagrał funkowy hit „Chameleon", co już stało się tradycją jego koncertów, choć za każdym razem temat ten brzmi inaczej. Marzeniem każdego artysty jest dostać owacje na stojąco w Wiedeńskiej Operze, kiedy można pozdrowić publiczność wychylająca się z pięciu pięter wysokiej jak wieżowiec widowni. Hancock długo delektował się tym widokiem i ogłuszającymi oklaskami, razem z muzykami kwartetu pozdrawiał słuchaczy i przesyłał im całusy. Po koncercie korytarze zamieniły się w istną Wieżę Babel.
Słychać było komentarze w wielu językach i choć dominował niemiecki, to łatwo było wyłowić francuski, angielski, rosyjski, hiszpański i... polski. Turyści nie poprzestają na tradycyjnym zwiedzaniu i przesiadywaniu wieczorem w kafejkach. By posłuchać wielkiej muzyki, przychodzą do Opery, także na wielki jazz.
Marek Dusza