* * * * *

Maciej Sadowski,
„Janusz Korczak. Fotobiografia",
wyd. Iskry, 189 s.

Oczy miał poważne. Nawet, kiedy jego wiek oznaczała liczba jednocyfrowa. Na jednym tylko zdjęciu – tym z 1940 r. – można w jego wzroku dostrzec twardość jakąś, zdumienie, przerażenie. Ale przecież od końca lat 90. XIX w. tak wiele się zdarzyło. Życie całe. Trudne, ale ciekawe. Takie, o jakie prosił Boga.

W czasie zatrzymanym na pierwszej fotografii chciał być królem, „wojny prowadzić, do ludożerców jeździć". Mając lat wczesne naście, porzucił władzę na rzecz miłostek: „Wciąż byłem zakochany w innej dziewczynce. (...) Kochałem tydzień, miesiąc, czasem po dwie, po trzy". Jako 20-latek – były student i były żołnierz, już lekarz – wiedział już, komu w przyszłości się poświęci. „A dusze tych Józków, Jaśków i Franków bogate; dopiero je życie zuboży – psotną pięścią tłuc będzie kryształy i rwać kwiaty, i rozrzucać je po wydmach" – pisał w 1908 r. Na zdjęciu z tamtego lata siedzi na schodach z pięcioma wychowawcami kolonii letniej w Wilhelmówce. Najszczuplejszy, najniższy zapewne, patrzy niby to w stronę aparatu, niby w dal niewiadomą. Rozmyśla tylko? Czy planuje, czeka na kolejne 34 lata dla dzieci przeznaczone?

Kadr z 1914 r. To już Stary Doktor, choć nie ma jeszcze trzydziestki. Przygarbiony, w bezkształtnym fartuchu z wypchanymi kieszeniami. Okularów nie widać. Zapomniał? Obok kobieta, która będzie z nim w doli i niedoli, do końca – Stefania Wilczyńska. Roślejsza, zdecydowana. Lęk mogłaby nawet budzić, gdyby nie łagodny uśmiech na twarzy. Oboje już dwa lata pracują w Domu Sierot. I – choć to on później przeniesie te słowa na kartkę – oboje zapewne modlą się do Boga: „Daj dzieciom dobrą dolę, daj wysiłkom ich pomoc, ich trudom błogosławieństwo. Nie najłatwiejszą drogą ich prowadź, ale najpiękniejszą. A jako prośby mej zadatek przyjm jedyny mój klejnot. Smutek i pracę".

Mijają lata. Pracy jest w bród, smutki się zdarzają, ale i radości chwile bywają. Oto koncert orkiestry Domu Sierot w 1923 r. W pierwszym rzędzie mały mandolinista, nieco większy akordeonista, a między nimi on – gra na fujarce czy trąbce. Czy oczy mu się uśmiechają? Nie widać, za ostre słońce.

Lata 30. Siedzi na krześle. Dłoń błądzi przy skroni, spojrzenie nieobecne. „Doktor w takiej depresji, w takim przygnębieniu, że nic go nie obchodzi. (...) W ogóle męczy siebie i męczy innych" – pisze pani Stefa. A on? „Znam cenny dwuwiersz; powtarzam go, gdy już zbyt ciężko, gdy chcę spędzić czas sam z sobą (...) i moją, nie czyją, śmiercią i życiem. »Cały kram w dupie mam«. Przetłumaczcie to na język hebrajski i puśćcie w kurs".

I kolejna dekada. Skończona dla niego i jego dzieci na początku samym. Doszedł z panią Stefą aż dotąd, mimo zmęczenia, mimo zniechęcenia czasem, mimo że tamto „już zbyt ciężko" w porównaniu z tym końcowym nie takim ciężkim się okazało. 4 sierpnia 1942 roku pisze: „Ojcze nasz, który jesteś w niebiesiech. Modlitwę tę wyrzeźbiły głód i niewola. Chleba naszego. Chleba". I ten wzrok twardo zdumiony...

Spotkanie. Tym właśnie jest piękny album Macieja Sadowskiego. Spotkaniem z Janusza Korczaka myślami, nadziejami, troskami, naukami dla dzieci i o dzieciach. Ale przede wszystkim z nim samym. Na fotografiach, które często są bardziej wymowne niż słowa.

To także rzadka okazja poznania podopiecznych Starego Doktora. Dziewczynek nieśmiałych i układnie odważnych, chłopców – małych łobuzów i książkowych moli. Również tych, dla których przyszłość nie została przewidziana.

Sadowski znakomicie koncepcyjnie wymyślił swoją książkę (którą zresztą również opracował graficznie). Kilkadziesiąt unikatowych zdjęć elegancko ułożył na kolejnych stronach i dokładnie opisał. Opatrzył też cytatami z dzieł Korczaka i jego „Pamiętnika" oraz listów czy notatek. Przywołał także teksty o nim. Jeśli kogoś tu mało, to Stefanii Wilczyńskiej. I o to jedynie można do Sadowskiego mieć pretensję. Bo już najwyższy czas, żeby ją – kobietę, bez której Korczak nie byłby taki sam – przywrócić pamięci.