Rzeczpospolita: Dziś sonda New Horizons najbliżej w historii podleci do Plutona. Bardzo dużo mówi się o tym w USA. Skąd w Amerykanach taka wrażliwość na sprawy kosmosu?
Wiesław Kot: Mitologię narodową USA buduje nie literatura, jak w Europie, ale kino. A bardzo ważną częścią amerykańskiego kina są kosmici. Już w latach 50. spotkania pozaziemskie stały się ulubionym tematem twórców filmów klasy B. Z czasem ci kosmici – a co za tym idzie, kosmos – po prostu musieli zająć pierwszoplanowe miejsce nie tylko w masowej wyobraźni Amerykanów, ale także w amerykańskim budżecie. Zainteresowanie opinii publicznej było więc nie bez znaczenia, bo jeśli szerokie masy są zainteresowane kosmosem, to łatwiej przeznaczyć pieniądze na jego badania.
Kiedy rozpoczął się związek kina z kosmosem?
Pierwszy film o podboju kosmosu powstał już w 1902 roku – „Podróż na Księżyc" w reżyserii Georgesa Méliesa. Księżyc był w nim pokazany jak wysokie Alpy, a mieszkały na nim dziwne istoty podobne do diabłów. Za to w latach 50. powstawały głównie filmy przygodowe, których akcja toczyła się co prawda w kosmosie, ale równie dobrze mogła się toczyć w dżungli. Wątek spotkań pozaziemskich miał tam niewielkie znaczenie. To po prostu była walka z potworami, niczym z King Kongiem. Jednak od lat 60. zaczęły pojawiać się filmy, które wychodziły poza granice zwykłej harcerskiej przygody.
I co te filmy mówiły nam o kosmosie?
Zazwyczaj rzeczy wysoce niepokojące. W filmie „2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka w statku kosmicznym buntuje się komputer i zaczyna zabijać załogę. O tym samym problemie mówił „Łowca androidów" Ridleya Scotta, gdzie maszyny były tak zaawansowane technicznie, że praktycznie nie dało się ich odróżnić od ludzi. Do tego już w 1977 roku Peter Hyams w „Koziorożcu jeden" ostrzegał, że władza może nami manipulować. Film opowiada o tym, jak media relacjonują podbój Marsa. Tylko że wszystko tak naprawdę odbywa się w studiu filmowym...
Kino straszyło kosmosem?
Raczej ostrzegało, ale przy okazji opowiadało też wiele ciekawych rzeczy o samym człowieku. Bo w jakiejkolwiek galaktyce byśmy się znaleźli, zawsze będziemy mieć te same problemy. W Polsce też mieliśmy film o spotkaniu trzeciego stopnia. Janusz Kondratiuk w „Big Bang" z 1986 roku pokazuje, co by się działo, gdyby pod Sochaczewem wylądowali kosmici. I ci kosmici spotykają tam miejscowego pijaka, którego grał Janusz Gajos. Chciał on ich jakoś przywitać, ugościć, i mówi: „Jak im nie w smak będzie czysta, to da się kolorową, a jak kolorowa też nie, to się zrobi tatę z mamą", czyli wódkę z colą...