Reklama

AC/DC: Muzyczny pakt z diabłem

Nawet skandaliczna jakość dźwięku na PGE Narodowym nie popsuła rewelacyjnego koncertu AC/DC.

Aktualizacja: 26.07.2015 14:52 Publikacja: 26.07.2015 14:40

AC/DC: Muzyczny pakt z diabłem

Foto: Fotorzepa/Adam Burakowski

Gigantyczna scena w kształcie szkolnej czapki z diabelskimi rogami zamigotała tysiącem świateł. Angus Young wbiegł na środek lekkim krokiem, w szkarłatnym kostiumie gimnazjalisty, w nieodłącznych krótkich spodenkach, w kaszkiecie z literą „A" - tak jak czterdzieści lat temu, kiedy debiutował albumem „High Voltage". Ukłonił się skromnie, jakby miał wygłosić grzeczny wierszyk. Ale zamiast tego uderzył wściekle mocno w struny lśniącego Gibsona i zelektryzował pięćdziesiąt tysięcy fanów potężnym riffem „Rock Or Dust".

Było wielu takich, którzy wraz z nastaniem kolejnych muzycznych mód chcieli posłać lidera AC/DC do muzycznego piekła: punkowców, nowofalowców, rastamanów, fanów disco, techno raperów i hipsterów. Powtarzali, że czas rock and rolla w stylu Younga bezpowrotnie się skończył. Po obejrzeniu warszawskiego koncertu, każdy z nich posypałby głowę popiołem i powtórzył za Angusem: „Rock Or Dust".

Spychano genialnego gitarzystę z muzycznego Parnasu, wykpiwano go za rzekome muzyczne prostactwo i konserwatyzm. Tymczasem on powraca co kilka lat ze znakomitym albumem. I tym razem wyskoczył podczas „Highway To Hell" z podscenicznych czeluści. Otoczony gejzerami ognia oraz słupami świateł, potwierdził siłę swojej rogatej, rock and rollowej duszy.

Naprawdę robił wrażenie jakby zawarł pakt z diabłem. 31 marca skończył 60 lat, ale pozostaje najbardziej widowiskowym i żywotnym rockowym gitarzystą świata. Jego show przyciąga zawsze pięćdziesiąt tysięcy fanów reprezentujących wszystkie generacje. Porównując poprzednie tournée „Black Ice" - 5 lat temu na Bemowie, i sobotni koncert, można też powiedzieć, że Young powstał jak Feniks z popiołów. Wtedy, każdy kto widział gitarzystę wcześniej, miał prawo sądzić, że lider AC/DC wybiera się na muzyczną emeryturę. Grał znakomicie. Jednak wszyscy ci, którzy uwielbiają go również za widowiskowe kilkusetmetrowe przebieżki z gitarą - zamiast słynnego kaczego kroku Chucka Berry'ego w przyspieszonym tempie, musieli zadowolić się niemrawym spacerkiem rockowego dziadka. W sobotę w Younga wstąpił znowu rockowy diabeł. Zrezygnował z takich balladowych klasyków jak „The Jack", bo nie musiał szukać pretekstu do odpoczynku. Przed dwie godziny mknął przez scenę jak ognisty meteor z filmu puszczonego na telebimach podczas uwertury wieczoru. Pointował każdy rockowy klasyk wyskokiem radości, ostatnie akordy wykonując na gitarze uniesionej dumnie wysoko ponad głową. Niedługo utrzymała się na niej aksamitna czapka: spadła na scenę, gdy Younga rozkołysał rytm „Dirty Deeds Done Dirt Cheap". Po „Thunder Struck" Angus odrzucił precz marynarkę. Pozostał w białej koszuli i czerwonych spodenkach, idealnie zgrywając się z kolorystyką Narodowego. Krawat zdjął, by zagrać nim na gitarze „Sin City". W końcu i koszula nazbyt ograniczała ruchy rozwibrowanego sześćdziesięcioletniego młodzieniaszka. Wtedy stanął naprzeciw nas tylko w spodenkach i z gitarą. Rockowy gladiator gotowy na wszystko.

Rock kojarzy się z narkotykami, seksem i alkoholem. Pierwszy wokalista AC/DC Bon Scott nie żyje. Malcolm, brat Angusa dostał udaru i demencji. Perkusista Phil Rudd przebywa w domowym areszcie za posiadanie dragów. Ale Angus trzyma się z dala od psychoaktywnych używek, jest wzorowym mężem i rozrabia tylko na scenie. Jego eliksirem pozostaje rock and roll, zaś każdy koncert przypomina odmładzający rytuał. To wehikuł czasu, który przenosi muzyka poprzez wszystkie etapy kariery. Niczym w kalejdoskopie przewinęły się „Have Drunk On Me" i „High Voltage". Zabrzmiał rozhuśtany wysoko ponad sceną dzwon „Hells Bells". Ale głównym celem podróży w czasie Angusa były jego muzyczne początki. Pokazał, że nie bez przyczyny nazywa się Young i wciąż potrafi wykrzesać tyle energii, co 40 lat temu, gdy debiutował w małych klubach Australii.

Reklama
Reklama

„TNT", nomen omen, odpalił z siłą trotylu. Wokalista Brian Johnson stracił wtedy na chwilę kontakt z mikrofonem, bo to Young chciał skandować wokalne intro. A potem biegł, skacząc przez scenę, nawet nie grając, tylko ciesząc się jak dziecko na samą myśl o tym, jakie rozpęta piekło. Podczas „Whole Lotte Rosie" po raz pierwszy zapuścił się kocim krokiem na wychodzący daleko w widownię wybieg. I zaczął kilkunastominutową gitarową orgię „Let There Be Rock". Scena wyciemniła się. Dobiegał z niej tylko miarowy rytm sekcji perkusisty Chrisa Slade'a i basisty Cliffa Williamsa. Wydobyty z mroku punktowym reflektorem Angus, wspinał się ponad głowami fanów na szczyty swoich możliwości. Riffy i wibratta uniosły go wraz z hydraulicznym dźwigiem wysoko w powietrze. Wtedy przypomniał swój popisowy numer. Padł na platformę wehikułu i kontynuując solówkę, obracał się jak wskazówka na tarczy zegara - do tyłu. Czas się cofnął. Rockowy eliksir zadziałał.

Young wracał zwycięsko na scenę otoczony chmurą, a może laurem, złotych konfetti. Ale wciąż było mu mało. Zniknął tylko na chwilę, by nagle pojawić się na szczycie legendarnych elektroakustycznych wzmacniaczy Marshalla. Prosta scenografia mówiła sama za siebie: nie liczą się żadne współczesne gadżety, tylko grany na żywo, korzenny rock. To samo powtarzała, łkająca i eksplodująca solówkami, gitara Younga.

Gdy chciał - każdemu akordowi odpowiadał pięćdziesięciotysięczny chór zachwytu. Kiedy był za cichy, Angus uderzał w struny głośniej - i nie musiał długo czekać, by z widowni powróciła do niego fala rockowej energii. Dopiero wtedy fani zasłużyli na to, by stać się bohaterami finałowego „For Those About To Rock". AC/DC uhonorowało ich salwami baterii armat i pokazem sztucznych ogni.

Niestety, koncert AC/DC pozostawił niedosyt. Jakość dźwięku na zbudowanym 3 lata temu Narodowym była po raz kolejny skandalicznie fatalna. Organizowanie koncertów bez poprawy infrastruktury, nie ma żadnego sensu. Powinien wziąć to pod uwagę nowy, tytularny sponsor PGE.

Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Patronat Rzeczpospolitej
SAUNA FESTIVAL: saturation
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama