Gdybym miał wyrazić własny pogląd, to mnie zupełnie jest ona niepotrzebna. Czy muszę oglądać po raz n-ty nowy garnitur czy krawat premiera, czy jakiś dowcip prezesa? Wszystko to oglądaliśmy już dziesiątki razy i tylko zatroskane (chyba o oglądalność) media elektroniczne nie zauważyły, że debata publiczna w Polsce (a może i demokracja) zapędziła się w kozi róg, że tego rodzaju seanse zwyczajnie się zużyły.
Piotr Zaremba, publicysta „Rzeczpospolitej" ("Spokojny Kaczyński, czyli PO w kłopocie"), próbuje w tych manewrach wokół debaty znaleźć racjonalny sens: — „Kaczyński zbyt często brał na siebie rolę najbardziej zadziornego polityka własnej partii. Tym razem tego nie robi. Prawie nie krzyczy. To problem dla twórców kampanii PO. Muszą znaleźć coś, co szczególnie wystraszy chwiejnych wyborców, jak w 2007 roku. Coś, co zachęci ich, aby w ogóle poszli do urn. Na razie o takie bodźce nie jest łatwo. Stąd narastająca nerwowość po tamtej stronie. Rolę zastępczych tematów gra a to ultymatywne żądanie prowadzenia debat".
A tematów poważnych nie brakuje, oto kilka z poniedziałkowej prasy:
"Rząd odkrywa śmieciowe umowy"
— to tytuł czołówki w „Gazecie Wyborczej". — „Są ambitni, świetnie wykształceni, ale boją się o jutro, bo prawie 60 proc. nowo zatrudnionych pracuje na umowach tymczasowych. Taki obraz wyłania się z rządowego raportu „Młodzi 2011 (...) Młodzi pracujący dorywczo żyją w niepewności, nie dostają kredytów, mieszkają z rodzicami" — odkrywa „GW" znaną od kilku lat tajemnicę publiczną nr 1 w Polsce. Dobrze jednak, że odkrywa.