Lekturę prasy warto zacząć dziś od drugiej strony „Gazety Wyborczej". Marcin Wojciechowski i Jacek Pawlicki znęcają się nad premierem Tuskiem, za to, że zadeklarował pomoc Węgrom w czasie europejskiej politycznej nagonki.
Choć publicyści przyznają, że w debacie w Parlamencie Europejskim, podczas której europejska lewica używała sobie na premierze Wiktorze Orbanie, stosowano argumenty przesadzone, to jednak krytykują premiera Donalda Tuska, za to, że do nagonki się nie przyłączył. "Premier podkreślający swój rodowód z "Solidarności" (...) nie może być głuchy na wartości, gdy chodzi o inne państwo UE." - piszą, uznając, że poparcie Orbana to polityczny błąd.
Rozumiem oburzenie kolegów z „GW". Wszak w Orbana zapatrzony jest PiS. Ba, Orban robi na Węgrzech rzeczy, które są czarnym snem „Wyborczej": dekomunizacja, walka za aborcją, wpisanie chrześcijaństwa do konstytucji. Ten melanż sprawia, że stał się wrogiem numer jeden europejskiej i polskiej lewicy. A tu nagle premier Donald Tusk mówi, że w jego ocenie, nic co się dzieje na Węgrzech nie wykracza poza europejskie standardy demokratyczne. Albo więc Tusk inaczej widzi europejskie standardy niż koledzy z „Wyborczej", albo sam jest "populistycznym autokratą" i boi się, że Unia w następnej kolejności zabierze się za niego. A może jedno i drugie?
"Goście w kokpicie Tu-154" to tytuł kolejnego demaskatorskiego tekstu Agnieszki Kublik w "Gazecie Wyborczej". Tekst mnie niezwykle rozbawił, nie ze względu na to, co w nim napisano, ale na to, czego w nim zabrakło. Najkrócej rzecz ujmując: Kublik pisze o tym, że podczas podchodzenia do lądowania kokpit zmienił się w park Łazienkowski. Z kilku słów ze stenogramu ma wynikać, że ktoś przychodzi, ktoś się wita, ktoś mówi „Tadek", ktoś mówi „siadajcie". Dzisiejszy tekst to kontynuacja wczorajszego wywiadu z Jerzym Millerem, który zasugerował, że w kokpicie był też gen. Tadeusz Buk. Nie wiem, kto był w kokpicie. Wątpię by wiedziała to Agnieszka Kublik i Jerzy Miller. Jednak w jej tekście brakuje najważniejszej informacji - tego, co wieczorem ujawnił "Wprost" i "Rz", a co później u Moniki Olejnik potwierdził prokurator generalny Andrzej Seremet. W miejscu kokpitu po katastrofie, czyli w sektorze pierwszym znaleziono rzeczywiście tłum - przepraszam za czarny humor - bo aż 13 ciał. Co więcej, żadne z tych ciał nie należało ani do pierwszego, ani drugiego pilota. Czyżby tłum wypchnął z kokpitu dowódcę maszyny?
Cała więc teoria o tym, że generał Błasik był w kokpicie, bo jego szczątki znaleziono obok ciała nawigatora zaczyna się sypać. Bo ciała pozostałych członków załogi były gdzie indziej, zaś w sektorze, który sam Jerzy Miller utożsamił z kokpitem znajdowało się 11 postronnych osób (prócz Błasika i nawigatora), z czego ośmiu było cywilami (jak dodał wczoraj Seremet). Jak w parku Łazienkowskim?