Wywiad z archiwum tygodnika "Uważam Rze"

Zawsze mamy tyle do zrobienia. Dużo oczekiwań i planów. Kiedy jednak nadchodzi dzień Wszystkich Świętych, czujemy, że nie wszystko zależy od nas. Kto jednak jest pogodzony z nieuchronnością własnej śmierci? Chyba tylko starzy ludzie.

Wcale nie. Zdarza się, że cały czas uważają, iż to nie jest jeszcze ten moment. Nie mają intuicji, wrażliwości, która mówiłaby im, że to koniec. Bagatelizują swój stan: no trudno, nie mogę wstać, ale to przejściowe. Wymioty? Też je kiedyś miałem. I wszystko się dobrze skończyło. Teraz też tak będzie. Jest co prawda fatalna diagnoza, ale ja i tak sobie poradzę.

Nie jest więc tak, że wraz z wiekiem przychodzi pogodzenie się ze śmiercią? Przecież kiedyś starsi ludzie wręcz się do niej szykowali, wydawali rodzinie dyspozycje, przygotowywali ubranie, w którym mieli być pochowani.

Bardzo chciała żyć, czepiała się życia najstarsza pacjentka naszego hospicjum, pani, która zmarła w wieku 102 lat. Kiedy zaczęła się zbliżać do setki, emocjonowała się tym, że jej podniosą emeryturę. Mówiła, że wreszcie pomoże finansowo rodzinie. Miała więc plany i kiedy jej się pogorszyło, wcale nie uważała, że tak już musi być.

Jeśli nawet starzy ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości, że mieliby już umrzeć, to na pewno nie można tego oczekiwać od młodych. Bunt i rozpacz są wtedy reakcjami naturalnymi.

Przyszedł teraz do nas 26-latek. Kobieta, z którą był – nie wiem, czy to narzeczona, partnerka czy żona – bardzo płakała. On był spokojny, choć mówił, że wszystko wie. Pocieszał ją.

Może po prostu był jeszcze w szoku po usłyszeniu diagnozy. Załamanie przyjdzie później.

Wielu młodych ludzi odchodzi spokojnie, wręcz przemieniając otoczenie pogodą serca. Mądrość nie ma nic wspólnego z wiekiem. W umieraniu jest jakaś tajemnica. Wydobywa z nas to, co mamy głęboko ukryte. Jest też w nim nadzieja – że otworzymy się na bliskich, dopełnimy do końca swoją miłość wobec nich.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

I właśnie to mówi ksiądz ludziom, którzy są zrozpaczeni, bo wiedzą, że mają umrzeć? To ma ich pocieszyć?

Nie mówię, jeśli nie są gotowi, by słuchać. W naszej kulturze w ogóle się za dużo gada. Zanim cokolwiek się powie, należy coś zrobić. Być przy chorym, pomóc mu w złagodzeniu fizycznych i psychicznych cierpień. Nie można iść z przesłaniem, którego ktoś nie chce.

A jeśli chory już zechce słuchać, to co mu ksiądz powie?

Napisz testament. Przeproś za krzywdy, które wyrządziłeś. Pojednaj się, podziękuj za miłość. Przekaż rodzinie numery kont, uporządkuj wszystkie niezałatwione sprawy. To naprawdę dręczy umierających, potrafią myśleć nawet o książce, której latami nie oddawali. Bardzo jasno widzą też swoje winy wobec innych. Mogli o tym do tej pory niespecjalnie myśleć albo wręcz tego nie zauważać, ale teraz jest to dla nich bardzo wyraźne i mówią o tym.

Wszystko, o czym ksiądz wspomina, nie dotyczy chyba tylko osób wierzących.

Oczywiście. Osoby niewierzące w chwili umierania przeżywają te sprawy podobnie. Czują potrzebę bycia w zgodzie ze swoim sumieniem.

Czyli kiedy umieramy, męczy nas, że niektóre rzeczy zaniedbaliśmy, coś nie do końca zamknęliśmy. Chcemy to naprawić.

Pamiętam Gienię, zdecydowanie barwną postać. Pół życia spędziła w więzieniach, pamiątką jej przeszłości były liczne tatuaże. Po sześćdziesiątce mieszkała samotnie w rozwalającym się domu na warszawskich Szmulkach. Przyszedłem któregoś dnia do niej, siedziała na podłodze, w samej bieliźnie. Pomogłem jej zmienić pampersa. Przeklinając – bo Gienia zawsze przeklinała, nawet podczas spowiedzi – powiedziała: „Ty, tu są pieniądze". Kiedyś pożyczyłam i nie oddałam. Nie chcę, żeby ludzie myśleli o mnie, że jestem świnią. Powiedziała, komu te pieniądze mam przekazać. Nie sądzę, że wcześniej się przejmowała, czy komuś jest coś winna, czy nie. To był ostatni dzień życia Gieni.

W momencie śmierci możemy więc być lepsi niż przez większość swego życia.

Tak, właśnie na tym polega ta tajemnica. Nie każdy do tego dorasta. Są jednak ludzie, którzy właśnie przed śmiercią otwierają się na innych, mocniej kochają. Kiedy żyjemy, robimy wiele bezsensownych rzeczy, które nie dają nam żadnej satysfakcji. Mamy różne możliwości, z których nie korzystamy. Jesteśmy smutni, zgryźliwi. Tak naprawdę żyjemy w śmierci. Umierając, możemy właśnie się z tego wyrwać, poczuć i przekazać miłość.

To jest właśnie dobra śmierć?

Kiedy po śmierci kogoś, kim się opiekowaliśmy, przychodzę do jego rodziny, czuję pewną ludzką ciekawość. Każe mi ona spojrzeć na twarz zmarłego. Wiem, że gdy jest na niej lekki uśmiech, wtedy wszystko się powiodło i mimo bólu przeszedł szczęśliwie tę granicę.

Cały czas mówimy o śmierci świadomej. A przecież nie zawsze chorego się uświadamia, że ma umrzeć.

To jest nawet dość częste. Rodzina i chory prowadzą pewną grę. Oni mu mówią, że mu się polepszy, że wszystko będzie dobrze. On udaje, że w to wierzy.

Z czego to wynika? Z przekonania, że umierający nie da rady skonfrontować się z prawdą?

Kiedy zna się słabości jakiegoś człowieka, trudno uwierzyć, że może godnie przeżyć doświadczenie śmierci. Myśli się, że teraz, kiedy będzie coraz słabszy, może być tylko gorzej. Nie rozumie się, że właśnie teraz może się on – choć nie musi – duchowo wznieść, dojrzeć.

Często chyba też uważamy, że to zbyt brutalne, by tak odebrać komuś wszelką nadzieję.

Rodzina wierzy, że ta nadzieja pozwala choremu zmobilizować siły w walce z chorobą. To przekonanie jest częścią naszej kultury. I jest to prawda. Tylko że w pewnym momencie mobilizacja nic nie da. Nie można już mówić choremu: jedz więcej, musisz mieć siły. Bo on naprawdę już nic więcej jeść nie może. A taki błąd popełniają często nawet ksiądz i zakonnica, koncentrując się na rzeczach, które nie są w tym momencie ważne.

Tak trudno jednak przyznać, że walka o czyjeś życie jest już przegrana.

Przyszedłem niedawno z wolontariuszką do pewnej młodej kobiety. Dusiła się, nie mogła złapać tchu. Stała nad nią bioenergoterapeutka, machała rękami i mówiła: „Ja ci pomogę". Rodzina właściwie nie chciała nas przyjąć, przekonała ją pielęgniarka. Rozmawialiśmy z tą kobietą. I w pewnym momencie, w tym ataku duszności, uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Czasami chorzy po etapie buntu i depresji są już pogodzeni ze śmiercią, pogodni. Ale rodzina ciągle nie chce się z nieuchronnością tej śmierci pogodzić.

A czy zdarza się, że rodzina ma zupełnie inne niż chory wyobrażenia na temat godnej śmierci? Na przykład, że ma to być śmierć w zgodzie z nakazami religii katolickiej.

Podstępnie wzywano mnie do chorych nieprzytomnych, bym udzielił im sakramentu. Zdarzyło mi się to kilkanaście razy w ciągu 14-letniej pracy w hospicjum. I kiedyś chory nieoczekiwanie ocknął się ze śpiączki i powiedział: „Bardzo dziękuję księdzu za życzliwość, ale ja przecież jestem niewierzący i wcale tego nie chcę". Mogłem tylko docenić szczerość jego sumienia.

Rodzina zapewne miała dobre intencje, uważała może, że w ten sposób załatwia mu bilet do nieba i zbawienia.

Nie zależało im, by się modlił lub by sakrament został przyjęty świadomie i wiązał się z religijnym przeżyciem. Sakramenty mają sens, jeśli są nabudowane na aktach miłości i przebaczenia. Chodziło o papierek, który miał być przepustką do katolickiego pogrzebu. Chociaż umierający wcale nie życzył sobie takiego pochówku.

Umieranie, kiedy jest się przekonanym, że nic po tej drugiej stronie nie ma, jest chyba cięższe. Na łożu śmierci zdarzają się więc przypadki nawróceń.

Nawet bardzo spektakularne. Niekoniecznie na zasadzie „jak trwoga, to do Boga". Wielu ludzi w swoim życiu odczuwało pewną tęsknotę, którą tłumili. Niektórzy umierając, mówią, że pojednali się z ludźmi, a teraz chcieliby uwierzyć, by ich śmierć miała jeszcze głębszy sens.

A może jest tak, że osoba, która nie wierzyła w Boga, myśli sobie, iż nie zaszkodzi się nawrócić? Bo to taki rodzaj ubezpieczenia – na wypadek, gdyby jednak coś tam po drugiej stronie było.

Czasami tak chyba jest. A jak często? Nie wiem. Nie jestem Panem Bogiem, by zaglądać do ludzkich serc.

Jaką pociechę daje nam religia? W co można wierzyć, umierając?

Czasami ktoś tworzy sobie jakieś konstrukcje teoretyczno-intelektualne. Że tam, za tą granicą życia są jakaś łąka i kwiatki. Nie o to chodzi. W chwili śmierci mamy zobaczyć Pana Jezusa i świętych. Na to czekamy.

Widział ksiądz bardzo wiele śmierci. Tych dobrych i zapewne też tych złych.

Kiedy umiera człowiek bardzo dojrzały do śmierci jest w tym jakieś piękno. Ludzie się do niego garną, czują jego spokój, wręcz ciepło, które od niego bije. Zapamiętałem umieranie czterdziestokilkuletniej nauczycielki matematyki. Kiedy wracaliśmy, po jej śmierci jedna z wolontariuszek powiedziała: „Jest pochmurno, ciemno, ale tak, jakby słońce świeciło". Wszyscy tak czuliśmy, to było takie odczucie na przekór fizycznym zjawiskom. Kiedy umierają najlepsi, to tak, jakby niemal widziało się odblask nieba, które jest blisko.

Jest też umieranie ludzi, którzy odchodzą w żalu, niepogodzeni ze śmiercią, a nawet z bliskimi.

Przed śmiercią przed oczami chorego przewija się film z życia. To jest chwila prawdy, wyłaniają się niechęci i lęki, to, co było ukryte. Nie zawsze ktoś potrafi przebaczyć albo pogodzić się z tym, że odebrane mu zostały rzeczy, które były dla niego ważne. Choćby świetny wygląd. I okazuje się, że coś, na czym budował swą wartość, na przykład praca, też już się tak nie liczy. Boi się, że nic po nim nie zostanie.

Umieranie może więc wcale człowieka nie wzbogacać, o czym ksiądz wcześniej mówił.

Czy cierpienie i śmierć są czymś dobrym? Nie. W nich nie ma niczego dobrego. Mogą człowieka zniszczyć duchowo i psychicznie, ogołocić ze wszystkiego. Nie ma niczego dobrego w tym, że wszystko nas boli, że nie możemy się sami podetrzeć. Że ciało boleśnie oddziela się od duszy. Ale chodzi o to, by doświadczeniu śmierci i cierpienia nadać głęboki sens.

Nadając w ten sposób znaczenie swemu życiu. Ze śmiercią nie mogą się też jednak pogodzić bliscy zmarłych.

Szukają po sennikach, co znaczy sen, który im się po śmierci kogoś przyśnił. Czytają książki – wydaje ich się teraz całe mnóstwo – które mają wytłumaczyć, co się dzieje z duszami.

To dość powszechne zjawisko?

O tak. Dużo ludzi ma też doświadczenie bliskości zmarłych. Tak, jakby zmarli byli przy nich. W większości to złudzenie natury psychologicznej, rozgrywające się w wyobraźni. Przestrzegam przed tym także niewierzących.

Kościół zakazuje seansów spirytystycznych, przyzywania zmarłych.

Nie wolno wzywać duchów, próbować ich nagiąć do swojej woli. Ale kontakt z kimś, kto sam przychodzi, nie jest zabroniony. Niekiedy wstydzimy się przyznać, że czujemy urazę do kogoś, kto umarł. Nawet za to, że umarł i nie zostawił nam numeru konta. Czasem ktoś kogoś kochał i stracił, a nie zdążył załatwić pewnych spraw lub czegoś powiedzieć. Wtedy radzę: spróbuj do niego mówić, jakby żył. Przebacz mu, dziękuj.

ks. Andrzej Dziedziul – jest kierownikiem hospicjum domowego Zgromadzenia Księży Marianów.

Październik 2012