Zdaniem generała Kozieja, który komentował dziś rano sytuację na Ukrainie w radiowej Jedynce, można już otwarcie mówić o wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Z tego właśnie powodu militarna pomoc Kijowowi przez NATO jest właściwie wykluczona.

- Ukraina niestety przez cały swój okres niepodległości wyrzekała się sojuszników, obrała drogę pozablokowości i nie ma dzisiaj sojuszników militarnych. W związku z tym ani NATO, ani Stany Zjednoczone nie są zobowiązane, nie są zobligowane nawet jakimikolwiek porozumieniami do zbrojnego wspierania Ukrainy i takie zbrojne wsparcie Ukrainy, które by musiało oznaczać wypowiedzenie wojny Rosji - mówił Koziej.

Według szefa BBN, Rosja prowadzi na wschodzie Ukrainy konsekwentną i zaplanowaną grę, powoli oswajając Zachód ze świadomością rosyjskiego zaangażowania. Wskazują na to dyplomatyczne zabiegi Kremla w ostatnich tygodniach.

- Ukraińcy zaczęli okrążać rebeliantów i Rosja przystąpiła do kontrataku, kontrataku najpierw tym konwojem, rozsyłając białe samochodziki po terytorium i dezorganizując możliwość prowadzenia operacji przez Ukraińców, następnie przygotowując dyplomatyczne spotkanie w Mińsku spotkanie i oswajając stopniowo Zachód z tym, że wojska rosyjskie na terytorium Ukrainy rzeczywiście się pojawiają. Najpierw prezydent Putin powiedział, że zabłądził patrol jakiś rosyjski niechcący, prawda? Dzisiaj już wiemy, że to nie tylko patrol - powiedział Koziej.

Jak dodał generał, Europie ze względu na jej pluralizm trudno jest reagować na taką grę Rosji, dlatego scenariusze Kremla się sprawdzają.

- Decyzje w NATO i w Unii Europejskiej zapadają na zasadzie konsensusu, czyli wszyscy muszą się zgodzić co do danego rozwiązania. Z reguły w związku z tym zawsze te decyzje są jakimś takim kompromisem nieradykalnym, niezdecydowanym, nie tak, jak by się oczekiwało - podsumował.

Według niego prawdopodobnym planem Putina jest uczynienie z Donbasu "drugiej Osetii", tj. zamrożenie konfliktu umożliwiające stały wpływ na sytuację na Ukrainie.

- Los Donbasu może być podobny do Osetii Południowej, to znaczy takiego terytorium, które będzie miało swoją niby to niezależność, a jednocześnie będzie chciało dołączyć się do Rosji i Rosja łaskawie albo ich będzie chciała przyjąć, albo nie będzie mogła grać tą możliwością - ocenił szef Biura.