- Sprawdzaliśmy rzecz długo i wnikliwie. Postępowanie trzeba było jednak umorzyć z powodu niewykrycia sprawcy - tłumaczy Grzegorz Szklarz z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. Śledczy badali trzy przypadki. Zgłoszeń było jednak znacznie więcej.
Bomba wybuchła w styczniu ubiegłego roku. Wówczas to policja podała, że w Zielonej Górze ktoś napadł i zgwałcił trzy kobiety. Sprawca był bardzo brutalny - terroryzował swoje ofiary ostrym narzędziem, prawdopodobnie żyletką. Do dramatycznych wydarzeń doszło w ciągu trzech zaledwie dni. Policja zaczęła podejrzewać, że możemy mieć do czynienia z seryjnym gwałcicielem. Sprawę nagłośniły media.
Wkrótce na policję zaczęły spływać kolejne zgłoszenia. W mieście i okolicach zapanowała psychoza. Kobiety bały się same ruszyć z domów, zaczęły zapisywać się na kursy samoobrony, w kieszeniach nosiły pojemniki z gazem, bądź sól, by w razie zagrożenia sypnąć nią napastnikowi w oczy. Dla policji złapanie gwałciciela stało się priorytetem. W sprawę włączyły się Komenda Wojewódzka w Gorzowie Wielkopolskim oraz Prokuratura Krajowa. Łącznie do śledczych dotarło kilkanaście zgłoszeń. Wkrótce okazało się, że część z nich była fałszywa. Rzekome ofiary nie tylko zmyślały historie o napadach. Bywało, że same się okaleczały, by swoje opowieści uwiarygodnić. Powody były różne - od kłopotów w szkole po próbę zwrócenia uwagi obojętnego męża. Ostatecznie prokuratura przedstawiła zarzuty sześciu kobietom.
Kilka miesięcy temu policjanci i prokuratorzy mówili już bez ogródek - seryjny gwałciciel nie istnieje. Ale śledztwo trwało. Pod koniec ubiegłego roku zostało ostatecznie umorzone.