– To, że na naszym terytorium spadła rakieta, nie było działaniem intencjonalnym – powiedział we środę prezydent Andrzej Duda. Przypomniał, że we wtorek Rosja wystrzeliła ok. 100 rakiet na Ukrainę. Bombardowane były m.in. obszary przygraniczne: obwody lwowski i wołyński.
I dodał, że w Przewodowie spadła rakieta systemu S-300 produkcji rosyjskiej. – Nie ma w tej chwili żadnych dowodów, że rakieta ta została wystrzelona przez stronę rosyjską, natomiast wiele wskazuje na to, że była to rakieta, która służyła obronie przeciwrakietowej, czyli została użyta przez siły obrony ukraińskiej. Wystrzeliwała ona rakiety w różnych kierunkach i jest wysoce prawdopodobne, że jedna z tych rakiet spadła na terytorium Polski – podkreślił prezydent.
Czytaj więcej
Jens Stoltenberg uspokaja: to nie była rosyjska rakieta i nie ma żadnych danych wskazujących na zwiększone ryzyko ataku Rosji na terytorium NATO.
Z tą opinią nie zgadzają się przedstawiciele ukraińskiej administracji. „Opowiadamy się za wspólnym zbadaniem incydentu z rakietą na terytorium Polski. Jesteśmy gotowi przekazać dowody na rosyjską odpowiedzialność. Oczekujemy od naszych partnerów informacji, na podstawie których wysnuto wniosek, że to rakieta obrony powietrznej Ukrainy” – napisał Ołeksij Daniłow, sekretarz ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa i Obrony.
Problem z komunikacją
Rakieta spadła na suszarnię kukurydzy w powiecie hrubieszowskim w pobliżu granicy Polski z Ukrainą, zginęło dwóch pracowników punktu 60- i 62-latek.
Pierwsze na miejscu pojawiły się zastępy ochotniczej straży pożarnej. Ratownicy otrzymali informację o godz. 15.38. Jednak z naszych informacji wynika, że nie byli oni w stanie stwierdzić, co było przyczyną eksplozji. Pierwsza informacja, która trafiła do przedstawicieli rządu, dotyczyła wybuchu traktora, w której zginęły dwie osoby. Dopiero gdy w mediach pojawiły się zdjęcia, które mogły wskazywać na eksplozję pocisku, na miejsce ruszył dyżurny patrol saperski.
Czytaj więcej
Mazowiecki Wydział Zamiejscowy ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie będzie prowadził śledztwo w sprawie tr...
Patrole takie podlegają Dowództwu Generalnemu Rodzajów Sił Zbrojnych, ale za bezpieczeństwo kraju w przypadku ataku odpowiada Dowództwo Operacyjne. To ono zajmuje się wyjaśnianiem sytuacji. Ta niekonsekwencja to efekt reformy systemu dowodzenia i kierowania sił zbrojnych, którą rozpoczął rząd PiS, ale nie skończył.
W tym czasie media amerykańskie podały już informację o wybuchu rosyjskiej rakiety, zwołane zostało posiedzenie zespołu ds. bezpieczeństwa w BBN. Trwało ono tak długo, bowiem uczestnicy czekali na to, co powie wojsko.
Na miejsce pojechał wojewoda lubelski, teren ogrodziła policja, ale w sieci i tak pojawiły się zdjęcia pokazujące szczątki rakiety.
Dokładne oględziny miejsca przeprowadzili dopiero w środę funkcjonariusze policji i najpewniej w oparciu o ich ustalenia prezydent podał informację, że to pocisk systemu S-300. – Komunikacja strategiczna zawiodła na całej linii – mówi nam osoba znająca kulisy podejmowania decyzji. Na pytania mediów nie odpowiadali m.in. przedstawiciele wojska i MON. Dopiero przed północą rzecznik rządu Piotr Müller oraz szef BBN Jacek Siewiera poinformowali o podniesieniu stanu gotowości części jednostek wojskowych i służb, a także o ewentualnym wnioskowaniu do sojuszu o uruchomienie artykułu 4 traktatu waszyngtońskiego, czyli sojuszniczych konsultacji. Ale nie rozwiali wątpliwości dotyczących tego, co się zdarzyło w Przewodowie.
Pomogli Amerykanie
Czy systemy identyfikujące zagrożenie zadziałały? Zdaniem CNN lecący pocisk wychwyciły samoloty AWACS, które patrolują przestrzeń powietrzną NATO. – Sojusz obserwował zdarzenie w czasie rzeczywistym – powiedział Tomasz Szatkowski, ambasador RP przy NATO.
Nie ma jasności, czy wychwyciły to także naziemne polskie lub sojusznicze stacje radiolokacyjne, zlokalizowane na wschodzie kraju. Nasi rozmówcy podkreślają, że pocisk mógł być uszkodzony, a zniszczenia w suszarni spowodowała przede wszystkim jego kilkusetkilogramowa masa. – Wstępne oględziny wskazują, że nie doszło tam do klasycznej eksplozji ładunku wybuchowego rakiety, tylko do jej upadku, połączonego być może z eksplozją paliwa, które było w rakiecie – mówił prezydent Duda.
Czytaj więcej
Posiedzenie RBN, wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego w Sejmie, a wcześniej minuta ciszy ku czci ofiar wybuchu w Przewodowie – to tylko kilk...
Na takie zdarzenie obrona powietrzna nie byłaby w stanie zareagować. Zresztą Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych stwierdziło, że żadna armia nie dysponuje systemem obrony powietrznej, który chroni terytorium całego kraju.
„Atak rakietowy charakteryzuje się punktowym uderzeniem w wybrany cel, a nie niszczeniem wielu celów na dużych obszarach. Zadaniem systemów jest m.in. obrona infrastruktury krytycznej” – twierdzi dowództwo. Chronią one przede wszystkim zgrupowania wojsk na wschodzie kraju, m.in. w Rzeszowie.
Oczekiwania, że system przeciwlotniczy jest szczelny, to efekt działań PR prowadzonych przez ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka. W połowie października przy okazji konferencji dotyczącej pozyskania zestawów Patriot napisał : „Zbudowaliśmy wielowarstwowy system obrony przeciwlotniczej. Mamy Pioruny, zestawy Pilica, Małą Narew i Patrioty. Dzięki staraniom rządu PiS nasze niebo jest bezpieczne”. W rzeczywistości system ten będzie budowany przez kolejnych kilka lat.
Nie zadziałał też system alarmowania ludności cywilnej. Nasi rozmówcy wskazują jednak, że można go uruchomić w sytuacji, gdy mamy do czynienia „z intencjonalnym atakiem dokonanym z dużej odległości”, a tego incydentu nie można było przewidzieć.