Występując we wtorek w ormiańskim parlamencie, premier Nikol Paszynian mówił o azerbejdżańskiej agresji oraz o 49 poległych żołnierzach. W nocy, jak twierdzą władze w Erywaniu, armia Azerbejdżanu ostrzelała znajdujące się przy granicy obiekty wojskowe i cywilne w ormiańskich miejscowościach Sotka, Goris, Kapan, Artanisz, Iszhanasar, Wardenis, Martuni i Jermuk. Z doniesień tych wynika, że Baku przy pomocy dronów i artylerii uderza w cele znajdujące się nie na terenie Górskiego Karabachu, gdzie od lat toczył się konflikt, lecz leżące na ścisłym terenie Armenii.

Już w nocy Paszynian zadzwonił do Putina, Macrona i Blinkena. Poprosił też o pomoc sojuszników militarnych z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (Rosja, Armenia, Kazachstan, Białoruś, Kirgizja i Tadżykistan). Zwrócił się także z prośbą do Rady Bezpieczeństwa ONZ o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia w sprawie sytuacji na Zakaukaziu. Z taką inicjatywą wystąpiła już Francja, która przewodniczy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Władze w Baku twierdzą, że to rząd w Erywaniu dopuścił się prowokacji na granicy

– Azerbejdżan od dwóch lat, po zakończeniu drugiej wojny w Górskim Karabachu, posiada inicjatywę strategiczną wynikającą z przewagi militarnej, gospodarczej i politycznej. Władze w Baku przez cały ten czas utrzymywały presję militarną na Armenię poprzez szereg kontrolowanych uderzeń zbrojnych w Górskim Karabachu czy bezpośrednio na granicy obu państw. Celem jest skłonienie Armenii do spełnienia azerskich postulatów dotyczących m.in. wytyczenia wzajemnej granicy i statusu Karabachu czy przebiegu korytarza z Azerbejdżanu do Nachiczewanu – mówi „Rzeczpospolitej” Arkadiusz Legieć, analityk ds. Kaukazu i Azji Centralnej z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Azerbejdżan jest państwem autorytarnym i musi poszukiwać pewnych alternatyw dla procesów demokratycznych. I jedną z tych alternatyw jest właśnie instrumentalizacja konfliktu, który jest podstawą legitymizacji władzy Ilhama Alijewa i jego otoczenia. Przypomnijmy, że podczas parady zwycięstwa w 2020 roku Alijew mówił, iż kolejne ziemie azerskie są do wyzwolenia, i wymieniał ormiańską prowincję Sjunik czy nawet okolice Erywania. To pokazuje, że ambicje władz azerskich ciężko zaspokoić – dodaje.

Jak twierdzi, władze w Baku nieprzypadkowo czekały z realizacją swoich ambicji regionalnych. – Armenia nie byłaby w stanie odeprzeć wielkiej agresji Azerbejdżanu, gdyby na taką się zdecydowały władze w Baku. Armenia, owszem, jest sojusznikiem militarnym Rosji, ale te gwarancje stoją pod znakiem zapytania. Moskwa jest zaangażowana w Ukrainie i nie do końca jest jej na rękę interweniowanie na Kaukazie, co Azerbejdżan stara się sprytnie wykorzystać – przekonuje.

Mocno związane z Turcją władze w Baku odpierają zarzuty i twierdzą, że to rząd w Erywaniu dopuścił się prowokacji na granicy. Znany azerbejdżański portal oxu.az informował we wtorek, że siły zbrojne kraju przeprowadziły operację „Zdecydowana odpowiedź”. Z informacji tych wynikało, że strona azerbejdżańska jedynie odpowiadała na działania Armenii. Interweniował rosyjski MSZ, który wieczorem zapewniał, że strony zawieszą broń jeszcze we wtorek. Ale walki na granicy trwały.