Deputowani rządzącej Jednej Rosji od marca ponad 100 razy odwiedzali okupowane ukraińskie terytoria. Mimo trwających wakacji roi się tam też od rosyjskich parlamentarzystów z Komunistycznej Partii Rosji, Liberalno-Demokratycznej Partii oraz Sprawiedliwej Rosji – Za Prawdę. – Trwa wyścig wszystkich frakcji o to, kto jest większym patriotą – pisze rosyjski dziennik „Kommiersant” i zdradza, że deputowani Dumy jeżdżą tam nie tylko po to, by ustawić się do zdjęcia i zademonstrować lojalność wobec polityki Putina. Z doniesień tych wynika, że rządząca Jedna Rosja tworzy już w okupowanych Doniecku i Ługańsku swoje partyjne oddziały i rozdaje tam legitymacje. To samo robią też inne partie. Mimo że rosyjskie prawo zabrania tworzenia partyjnych oddziałów poza granicami kraju. Z kolei cytowany przez „Kommiersant” rzecznik partii komunistów i deputowany Dumy Aleksander Juszczenko raportuje, że Donieck i Ługańsk odwiedziło już około 70 proc. członków frakcji (ma 57 z 450 miejsc w Dumie). Zdradza też, że parlamentarzyści z jego partii pomagają w przygotowaniu referendów „o przyłączeniu do Rosji”. Oficjalnie zaś rosyjskie partie nie ujawniają szczegółów swojej działalności na okupowanych ukraińskich terytoriach. Czekają na referenda, nie tylko w Doniecku i Ługańsku, ale też w okupowanych częściowo obwodach zaporoskim i chersońskim. Czasu jest już niewiele, gdyż początkowo planowano przeprowadzić pseudoplebiscyty 11 września, podczas wyborów uzupełniających do parlamentu i samorządów w Rosji.

Czytaj więcej

Zamach na kolaboranta w okupowanym przez Rosjan Melitopolu

– Jestem w stałym kontakcie z ludźmi, którzy na miejscu zajmują się przygotowaniami tych referendów w obwodach donieckim, ługańskim, chersońskim i zaporoskim. Wszyscy się przygotowują do 11 września, ale jak nie wyjdzie, to przeniosą referendum na później. Na razie data się nie zmienia, mimo że nie była ogłoszona publicznie. Ostateczna decyzja zostanie podjęta tuż przed 11 września. Na razie tego też nie ogłoszono, ale główne pytanie będzie dotyczyło wejścia w skład Federacji Rosyjskiej – mówi „Rzeczpospolitej” Siergiej Markow, prorządowy moskiewski politolog, niegdyś blisko związany z Kremlem. Przyznaje jednak, że sytuacja tam „nie jest łatwa”. – Po pierwsze jest problem z bezpieczeństwem, trwają zamachy i ostrzały ze strony ukraińskiej. Po drugie nie wiemy jeszcze, gdzie ostatecznie zatrzyma się rosyjska armia, a po trzecie jest problem z obsadzeniem komisji wyborczych. Jeszcze z czasów radzieckich mieszczą się zazwyczaj w szkołach, ale okazało się, że ukraińscy nauczyciele mają skrajnie negatywny stosunek do Rosji. Kijów nawet płaci im wynagrodzenia, żeby nic nie robili – twierdzi.

Ostatnio doszło do dwóch wybuchów w okupowanym Melitopolu, jeden wysadził w powietrze kabel telewizyjny, poprzez który do telewizorów mieszkańców docierała rosyjska propaganda. Drugi zniszczył punkt, w którym wydawano rosyjskie dokumenty. Z kolei 12 sierpnia w zamachu omal nie zginął jeden z przedstawicieli władz okupacyjnych Oleg Szostak.

– Trudno im będzie zrealizować swoje plany. Ukraińska partyzantka w tych regionach mocno się uaktywniła, dochodzi do wybuchów, likwidują kolaborantów i rozklejają ulotki. Mimo że okupanci kuszą ludzi żywnością w zamian za poparcie referendum i trwają ostre represje, mieszkańcy tego nie popierają. Nie ma też popytu na rozdawane tam rosyjskie paszporty – mówi „Rzeczpospolitej” Mychajło Paszkow, analityk ds. międzynarodowych kijowskiego Centrum Razumkowa. – Władze Ukrainy prowadzą bardzo bezwzględną politykę wobec kolaborantów. Zaostrzają się kary i to też zniechęca ludzi do współpracy z Rosjanami. Poza tym ludzie dobrze wiedzą, co na naszą ziemię przyniósł krwawy „russkij mir”. Nie chcą być jego częścią – dodaje. Przypomina o trwających wciąż pogrzebach ofiar rosyjskich mordów w Buczy. Kijowski ekspert przyznaje, że przeprowadzając na okupowanych terenach referenda, Rosjanie pokrzyżują nadzieję na jakiekolwiek porozumienie z Ukrainą w drodze negocjacji.

– Moskwie na tym nie zależy. Władimir Putin nie szuka porozumień, nie uznaje Ukrainy za państwo niepodległe i nie uważa Zełenskiego za prezydenta – ucina Markow.