Wczorajszy artykuł Piotra Stasińskiego, w którym ten oskarża „Rzeczpospolitą” o naginanie linii politycznej do wymagań władzy, każe zadać pytanie: Czy nagonka „GW” spowoduje powrót do sytuacji sprzed afery Rywina, kiedy to w Polsce panował system reglamentowanej wolności słowa, oparty na władzy jednego hegemona, czy też uda się utrzymać obecną sytuację, w której czytelnicy mają prawdziwy wybór między różnymi opcjami i punktami widzenia?By utrzymać swoją pozycję, „Wyborcza” nie cofała się przed niczym.

Jeszcze w 2001 roku potrafiła zamieścić na swoich łamach anonimowy donos państwowego udziałowca na prywatnych wydawców Presspubliki, w następstwie którego eseldowski rząd, chcąc zdobyć władzę nad gazetą, odebrał im paszporty i zakazał opuszczania kraju. Dwa lata temu w dniu, w którym ukazał się komentarz Piotra Stasińskiego, wyrzucono z pracy w „Rzeczpospolitej” Bronisława Wildsteina. Dziś „Gazeta” marzy o powrocie do przeszłości. Używając inwektyw, pomówień i nacisku na nowego ministra skarbu, usiłuje przywołać „Rzeczpospolitą” do porządku.

Przez lata metody „Wyborczej” były skuteczne. Niepokornych szufladkowano i segregowano, opatrując ich właściwymi epitetami. Na tych, których nie udało się w taki sposób oczernić, wywierano nieformalną presję za pośrednictwem telefonów i prywatnych rozmów. W ostateczności do zwalczania inaczej myślących „Gazeta” używała swoich autorytetów – był to jeden z ważniejszych elementów kontroli. System był prosty: w zamian za oddanie „Gazeta”, korzystając ze swojej prawie monopolistycznej pozycji i tego, że w oczach wielu czytelników była depozytariuszem solidarnościowej tradycji, zapewniała wybranym osobom całkowitą ochronę przed krytyką. Czasem prowadził on do absurdów. „Gazeta” jako niemal jedyna konsekwentnie brała za dobrą monetę wyjaśnienia Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego o chorobie goleni prawej, która dotknęła go nad grobami polskich oficerów w Charkowie. W swoim czasie do grona autorytetów wprowadziła nawet generała Kiszczaka, „człowieka honoru”.

Ten system ma trwać. „Wyborczej” nie przeszkadza to, że Władysław Bartoszewski nazywa przeciwników politycznych dewiantami i bydłem, bo przymykając na to oczy, może go użyć do walki z przyznawaną przez „Rzeczpospolitą” ponadpartyjną i ponadśrodowiskową Nagrodą im. Giedroycia za służbę polskiej racji stanu. Powiadamia o tym, że profesor wystąpił z kapituły, nie informując czytelników, że w kapitule nagrody zasiadają nadal 22 osobistości życia publicznego, m.in. takie osoby, jak choćby Zbigniew Brzeziński, arcybiskup Józef Życiński, profesor Jerzy Pomianowski, Czesław Bielecki czy Ryszard Kaczorowski. Nie informuje, bo to by zburzyło obraz, który „Wyborcza” wtłacza dzień po dniu swoim wyznawcom. Zgodnie z nim „Rzeczpospolita” ma być dziennikiem, organem, biuletynem – tu jest miejsce na inwencję pracowników urzędu z Czerskiej – PiS. Wszystko, co do tego nie pasuje – jak to, że „Rzeczpospolita” krytykowała niektóre działania Anny Fotygi, szczyt w Brukseli czy choćby błędy pisowskiej polityki gospodarczej – zostaje wyeliminowane. „Wyborcza” chciała, by PiS i jego rządy przypominały marionetkowe junty z Ameryki Południowej. Dlatego każdy, kto tego nie potrafił dostrzec i zdobywał się na suwerenną ocenę wad i zalet rządu, był nazywany propisowskim dziennikarzem, niemal sługusem władzy.

W matriksie zbudowanym przez „GW” nie liczą się fakty, ale to, jak dalece poszczególne decyzje służą zachowaniu jej hegemonii. To, że drugi największy wydawca prasy w Europie stara się o kupno udziałów w Presspublice od Skarbu Państwa – rzecz wydawałoby się niekontrowersyjna – okazuje się na łamach „GW” niemal skandalem. Dlaczego? Bo według „Wyborczej” to nie ten rząd, nie ten minister, nie ten wydawca, nie ta redakcja i nie ten czas. I choć transakcje zawierane pod koniec rządów zawsze mogą budzić wątpliwości, trzeba pamiętać o jednym: polscy politycy nie umieją zrozumieć, że 49 proc. udziałów w spółce wydającej „Rz” daje tylko iluzję władzy. Dostrzegają to dopiero, gdy władzę tracą. Wtedy nagle budzi się w nich zdrowy rozsądek. Czy nowy rząd to rozumie? Takie są przynajmniej jego deklaracje i można mieć nadzieję, że pozostanie im wierny. Podobnie wolno wierzyć, że będzie rozumiał zasadę pluralizmu i wolności słowa.

I jeszcze jedno. Stasiński wykpiwa „propaństwową linię programową” „Rzeczpospolitej”. Ależ w tym nie ma nic dziwnego. „Rzeczpospolita” właśnie stara się występować w imieniu interesu państwowego, tak jak go rozumie, a nie interesu PiS, PO, PSL, rządu, takiej czy innej partii, frakcji i grupy. Z tego punktu widzenia ocenia działania polityków, nie uczestnicząc w kolejnych kampaniach nienawiści organizowanych przez funkcjonariuszy Ministerstwa Prawdy. Wiem, że oni tego nie potrafią zrozumieć. Na szczęście jest w Polsce wystarczająco wielu ludzi, którzy to dostrzegają i cenią. Ludzi, nad których myślami „GW” nie ma i nie będzie miała kontroli.