Najbardziej udaną akcją dezinformacyjną Putina jest przekonanie liderów i społeczeństw zachodnich do tego, że ich państwa są zagrożone rychłym atakiem Rosji. Zakrawa to na absurd, że w Unii Europejskiej uwierzono, że rzekome imperium, które od czterech lat nie jest w stanie pokonać biednej i niezrzeszonej w NATO Ukrainy, które w tej wojnie straciło zapewne około miliona żołnierzy (szacunki się różnią), może najechać państwa zachodnie, które łączy Sojusz Północnoatlantycki. Agresja Federacji Rosyjskiej jest możliwa w przypadku Mołdawii, ale nie wobec Polski czy innego państwa członkowskiego NATO. Jak to w ogóle możliwe, że dano się nabrać na tę narrację?

Czytaj więcej

Dlaczego Rosji tak trudno zastraszyć Estonię?

Jeśli wojna z Rosją jest za progiem, to kogo może obchodzić ochrona zdrowia?

Mam dwie odpowiedzi. Jedna zasadza się na głupocie liderów zachodnich i łatwowierności tamtejszych społeczeństw (także naszego). Udało się Kremlowi wmówić im coś prawie całkowicie absurdalnego. Druga tłumaczy to szaleństwo cynizmem wojskowych i polityków. Ci pierwsi są zainteresowani powszechną paniką, dzięki której dostają od swych rządów kolejne „zabawki i żołnierzyków”, którymi mogą zarządzać i stawać się kimś jeszcze ważniejszym, niż do tej pory. Politycy zaś strasząc rychłą wojną, mogą liczyć na „efekt flagi”, na to, że straumatyzowani obywatele nie będą się uważnie przyglądać temu, jak rządzą. Bo jeśli wojna jest za progiem, to kogo mogą obchodzić problemy w ochronie zdrowia czy w edukacji?

Polska jest wzorowym przykładem skuteczności spinu Putina. Premier naszego kraju sugeruje, że atak Rosji może nastąpić już za pół roku. Wydajemy na obronność prawie 5 proc. PKB i jesteśmy pod tym względem prymusami w NATO. Te sumy przekładają się na ponad 20 proc. wydatków budżetowych każdego roku. To prawie tyle samo, ile wydajemy na całą służbę zdrowia! Ileż istnień ludzkich moglibyśmy uratować, gdyby na zbrojenia wydawać nie 200 miliardów zł rocznie (jak obecnie), ale o połowę mniej – przeznaczając zaoszczędzone środki na realne ratowanie ludzi, a nie na zapobieganie wojnie, która być może nigdy nie nadejdzie.

Czytaj więcej

Czy Rosja może zaatakować NATO w 2027 roku? Generał: Władimir Putin mówił, że już walczymy

Co chce osiągnąć Kreml w ramach wojny kognitywnej

Pozostaje odpowiedź na ostatnie pytanie – po co Kreml to robi? Jaki jest cel owej „maskirowki”? Po pierwsze, by zyskiwać prestiż w relacjach z innymi państwami. Wszak jeśli jego międzynarodowi partnerzy są przekonani, że grozi im wojna z Rosją, to będą bardziej ugodowi w negocjacjach politycznych i gospodarczych. Zastraszeni przywódcy Zachodu, przewodzący zastraszonym społeczeństwom, są skazani na los pożytecznych idiotów Rosji i na uleganie jej presji.

Szef resortu nauki błaga ministra obrony, by rzucił mu ochłap w postaci jednej setnej tego co ma, na potrzeby szkolnictwa wyższego i nauki

Marek Migalski, profesor politologii, wykładowca Uniwersytetu Śląskiego

Po drugie, o czym była już mowa, uwierzenie w perspektywę rychłej konfrontacji militarnej skutkuje oczywistymi – w tej perspektywie – ogromnymi wydatkami na obronność. Kosztem inwestycji w naukę, ochronę zdrowia, edukację, świadczenia socjalne. Strach przed atakiem Rosji powoduje, że miliardy, które mogłyby ratować ludzkie życie, finansować naukę, budować infrastrukturę drogową, kolejową czy lotniczą są obecnie przeznaczane na zakup uzbrojenia. Z politowaniem i współczuciem patrzę za zabiegi ministra nauki i szkolnictwa wyższego, by z programu SAFE (kolejne kilkaset miliardów pożyczki na obronność) przeznaczyć na badania naukowe choćby jeden procent co według ministra, mogłoby uratować tę dziedzinę życia społecznego. Czyli szef resortu nauki błaga ministra obrony, by rzucił mu ochłap w postaci jednej setnej tego, co ma na potrzeby szkolnictwa wyższego i nauki. Naprawdę smutny to obrazek.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Trzeba wreszcie zapytać o limity wydatków na zbrojenia

Czyż nie jest to doskonały przykład skutecznego osłabiania Zachodu – w jego rozwoju i modernizacji – przez Kreml? Fantastyczna egzemplifikacja udanej „operacji specjalnej” w wojnie kognitywnej, w której zastraszone społeczeństwa Zachodu łożą niewyobrażalne środki na obronność (w obawie przed potencjalną wojną), kosztem niedofinansowywania realnych dziedzin życia, które potrzebują wsparcia, by mogły skutecznie świadczyć usługi obywatelom.

Być może już niedługo usłyszymy po raz osiemset dwudziesty czwarty Dmitrija Miedwiediewa straszącego NATO użyciem broni jądrowej. Być może po raz setny Putin zagrozi Zachodowi atakiem w razie niespełnienia jego oczekiwań. Ci politycy robią to i robić to będą, bo nie zmienia się narracji osiągającej zamierzony cel. Rosja już nas najechała. W naszych głowach.

Marek Migalski

profesor politologii, wykładowca Uniwersytetu Śląskiego