Gdyby spytać Polaków, ile w budżecie państwa stanowią wydatki na obronność, pewnie większość z nich odpowiedziałaby, że sytuują się one w granicach 5 proc. Ale to nieprawda – na ten cel wydajemy 22 proc. z całego budżetu. Liczba „5” bierze się pewnie z pomylenia PKB z budżetem państwa. Na obronność przeznaczamy co piątą złotówkę z naszej wspólnej kasy – niewiele mniej, niż na całą ochronę zdrowia – czyli na utrzymanie setek szpitali, tysięcy przychodni, zakup sprzętu medycznego, płace dla lekarzy, pielęgniarek i salowych, wyżywienie pacjentów, przeprowadzanie operacji, zabiegów i prowadzenie profilaktyki.
Jest to o tyle szokujące, że wydatki na obronność mogą nigdy nie zostać zużytkowane. Mówiąc wprost – przeznaczamy miliardy złotych na przygotowania do wojny, która może nigdy nie nadejść, natomiast ograniczamy środki na ratowanie życia naszych obywateli. Wojna jest hipotetyczna, czyli może się zdarzyć, lecz nie musi, natomiast śmierć dziesiątek tysięcy obywateli RP rocznie w wyniku braku środków na leczenie, spóźnionej diagnostyki czy niewystarczającej liczby sprzętu do operacji jest realnością.
Czy naprawdę realnym scenariuszem jest ruszenie wojsk Putina na wojnę z państwem NATO?
Nikt rozsądny nie twierdzi, że nie należy przeznaczać znacznych sum na obronność – zwłaszcza w obecnej sytuacji międzynarodowej. Natomiast sprawą do poważnej dyskusji jest poziom owych wydatków. Jako się rzekło, w tym roku wydamy na ten cel 200 miliardów. Sprawą kilku tygodni jest zaciągnięcie długu w postaci programu SAFE na kolejne prawie 200 miliardów (odsetki wyniosą drugie tyle). Nie jest niemożliwe, że program finansowania wojska zaproponowany przez prezydenta i prezesa NBP, a zmodyfikowany przez PSL, zapewni naszej armii kolejne 200 miliardów. Pytam zatem poważnie – jaki jest limit wydatków na zbrojenia? Dlaczego tylko tyle? A może więcej? Może bilion? Wszak bezpieczeństwo i niepodległość nie mają ceny.
Czytaj więcej
Skala inwestycji w bezpieczeństwo jest historyczna. Tempo zmian nie pozostawia dużego marginesu błędu. Potrzebujemy więc dojrzałej, ponadpartyjnej...
Nie jestem geopolitykiem i nie chcę autorytatywnie wypowiadać się na temat prawdopodobieństwa ataku na nas ze strony Rosji, ale wydaje mi się ono mniejsze, niż wynika z gróźb Kremla i… wypowiedzi kilku generałów NATO oraz polskich wojskowych. Jeśli przez cztery lata Putin nie był w stanie pokonać biednej i sojuszniczo niezależnej Ukrainy, to czy naprawdę realnym scenariuszem jest ruszenie jego wojsk na wojnę z państwem NATO? Jakkolwiek skończy się wojna za naszą wschodnią granicą, Rosja wyjdzie z niej osłabiona – gospodarczo i militarnie. Straciła na niej miliardy dolarów i kilkaset tysięcy żołnierzy (o sprzęcie nie wspominając). Czy zatem finansowanie polskiej armii aż tak znacząco, jak to ma miejsce obecnie, jest sensowne? Czy nie dałoby się obniżyć tych wydatków na przykład o połowę? Albo o 25 proc.? Z zyskiem dla innych obszarów naszego życia społecznego.
Być może to, co piszę wynika z faktu, że jestem pacjentem onkologicznym w trakcie chemioterapii i widzę na co dzień niedofinansowanie naszej służby zdrowia. Ale nie trzeba być chorym, by dostrzec, że „szaleństwo zakupowe” charakteryzujące poprzednią i obecną ekipę rządową odbywa się kosztem innych dziedzin naszego życia. Każda złotówka przeznaczona na zakup czołgu czy myśliwca, jest złotówką niewydaną na badania profilaktyczne, oddłużenie szpitali, zakup sprzętu medycznego. Nie można uprawiać polityki typu „kupujemy broń i uzbrojenie ile się da”, bo ceną za to jest niedofinansowanie innych obszarów działalności państwa. Dziesiątki tysięcy polskich obywateli umiera każdego roku z powodu braku środków na ich leczenie lub zbyt późną diagnostykę, a kilka milionów pozostaje w sferze ubóstwa, zaś państwo polskie wydaje lekką ręką kolejne miliardy na przygotowania do wojny, która może nigdy nie nadejść.
Gdyby wydać jedną setną z owych 200 miliardów na dofinansowanie różnego rodzaju polskich think-tanków, instytutów, centrów analitycznych działających na Zachodzie i zwiększających sympatię tamtejszych społeczeństw i liderów politycznych oraz intelektualnych do naszego kraju oraz propagujących solidarność sojuszniczą, nasze bezpieczeństwo byłoby bardziej zapewnione, niż przez prosty zakup kolejnych partii uzbrojenia.
Mam dwa wytłumaczenia tego, dlaczego tak się dzieje. Pierwsze nazywa się „społeczeństwo”. Jest ono tak przestraszone wizją napaści na Polskę ze strony Rosji, że zaakceptuje nawet bilionowe wydatki na armię. Nie mając nawet świadomości, że odbywać się to musi kosztem niedofinansowania ważnych dla nich usług, takich jak ochrona zdrowia, pomoc społeczna czy edukacja. Poza tym Polacy kochają „chłopców malowanych”, parady wojskowe i bez względu na wszystko stać będą murem za polskim mundurem.
Więcej pieniędzy na realną ochronę zdrowia obywateli oraz na... lobbing
Drugim powodem nadmiernych wydatków na obronność są kalkulacje polityków. Ta strona, która działałaby w duchu tez tego artykułu, natychmiast byłaby oskarżona przez swych przeciwników o zdradę, działanie na rzecz Rosji i brak patriotyzmu. Dlatego obecna ekipa naśladuje poprzednią, a następna będzie działać tak, jak obecna. Z tego korkociągu chyba nie da się wyjść.
Powtórzę, nikt zdrowo myślący nie może proponować zaprzestania dozbrajania naszej armii. To byłoby szaleństwo. Ale trzeba wreszcie zapytać o limity tych wydatków i analizę, czy aby na pewno wszystkie są potrzebne i na jakim poziomie powinny się zatrzymać. Moją propozycją byłoby poważne zmniejszenie tych kwot i przeznaczenie ich na realną ochronę zdrowia obywateli RP oraz na... lobbing.
Czytaj więcej
Spór wokół instrumentu SAFE nie dotyczy tylko finansowania zbrojeń, lecz także tego, jak dziś rozumiemy suwerenność i bezpieczeństwo państwa.
Gdyby wydać jedną setną z owych 200 miliardów na dofinansowanie różnego rodzaju polskich think-tanków, instytutów, centrów analitycznych działających na Zachodzie i zwiększających sympatię tamtejszych społeczeństw i liderów politycznych oraz intelektualnych do naszego kraju oraz propagujących solidarność sojuszniczą, nasze bezpieczeństwo byłoby bardziej zapewnione, niż przez prosty zakup kolejnych partii uzbrojenia. Mówiąc wprost – przed atakiem Rosji nie ochroni nas posiadanie kolejnych stu czołgów czy pięćdziesięciu F-35, lecz solidarność innych członków NATO, ze szczególnym uwzględnieniem USA. Łożąc niewielki proc.. z obecnych wydatków na obronność na działania lobbingowe w Waszyngtonie, Paryżu czy w Berlinie osiągnęlibyśmy o wiele wyższe gwarancje utrzymania naszej niepodległości, niż kupując na potęgę kolejne armatohaubice czy łodzie podwodne. A przy okazji uratowalibyśmy setki tysięcy obywateli RP umierających z powodu niedofinansowania ochrony zdrowia.
Czy nie jest to pomysł wart rozważenia?