Z sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” niezbicie wynika, że Polacy uważają, iż w przypadku kryptowalut „inwestorzy” powinni ponosić konsekwencje podjętego ryzyka, a państwu nic do tego. W sumie nie ma co się dziwić, no bo niby czemu państwo miałoby ponosić koszty czyjejś chęci szybkiego wzbogacenia się.

Upadek giełdy Zondacrypto niewiele ma jednak wspólnego z kryptowalutami. To nie one doprowadziły do krachu ani do zniknięcia pieniędzy osób, które na niej grały. Ta historia ma więcej wspólnego z aferami Cinkciarza czy Amber Gold niż ze spekulacją na krypto, nawet jeśli przyjąć, że jej ofiarami byli głównie spekulanci. 

Reklama dźwignią handlu, czyli co łączy Cinkciarza, Zondacrypto i Amber Gold 

Sposób działania jest bardzo podobny – firma oferuje usługę finansową, a następnie przeznacza duże pieniądze na jej reklamowanie, dzięki czemu szybko zdobywa nowych klientów. Środki te pochodzą albo od jej inwestorów założycieli albo z wygenerowanego zysku, albo z zupełnie innego źródła, np. z wpłat klientów. W tym ostatnim przypadku to zwykle piramida finansowa – tak było w przypadku Amber Gold, gdzie nowi inwestorzy spłacali poprzednich.

Czytaj więcej

Cezary Szymanek: Zondacrypto i iluzja bezpieczeństwa. Rynek nie wybacza

Środki od inwestorów też mogą mieć różne pochodzenie, w skrajnym przypadku mogą pochodzić z przestępstwa lub omijać ograniczenia nałożone prawnie (jak pieniądze rosyjskich oligarchów). Wtedy mamy do czynienia z pralnią pieniędzy. Istnieją podejrzenia, werbalizowane przez członków polskiego rządu, że Zondacrypto nią była.

W przypadku Cinkciarza i Zondacrypto właściciele zniknęli wraz z pieniędzmi klientów. Pieniądze nie przepadły z powodu  błędnych decyzji spekulacyjnych, lecz po prostu kradzieży.

Dlaczego w Polsce wybuchają kolejne afery finansowe?

Jak więc takie powtarzające się afery są możliwe? Po pierwsze, wszystkie te instytucje oferowały usługę finansową, z której można było skorzystać po wpłaceniu środków na jej realizację. Obracały więc depozytami klientów, ale nie w rozumieniu np. ustawy o obrocie instrumentami finansowymi. Na jej podstawie działają np. domy maklerskie, które przecież też oferują ryzykowne usługi – np. forex. Środki klientów są tam wyodrębniane na osobnych rachunkach powierniczych i nie wchodzą do majątku własnego danej instytucji.

Czytaj więcej

Ujawniamy nagraną rozmowę założyciela Zondacrypto z Rafałem Zaorskim. Nowe fakty w sporze o miliony

BitBay, poprzednik Zondacrypto, powstał, zanim wprowadzono podstawowe standardy rachunkowości dla aktywów kryptograficznych czy unijne rozporządzenie MiCA (Market in-Crypto Assets). A to on został przecież wpisany na listę ostrzeżeń KNF już w 2018 r.

Po drugie, nie ma prawie żadnych ograniczeń w reklamowaniu produktów finansowych wysokiego ryzyka – może oprócz wymaganych oznaczeń o jego istnieniu. Pozwalało to potencjalnym oszustom na legalne, efektywne ściąganie pieniędzy klientów i to przy świetle dziennym.

Czytaj więcej

Afera Zondacrypto. Prokuratura ostrzega przed wtórnymi oszustwami

Ukrócenie tych dwóch możliwości zmniejszyłoby szanse na powtórki z tych niechlubnych historii. Co prawda po każdej z nich prawo było zaostrzane, ale powtarzalność afer pozwala sądzić, że niewystarczająco. Implementacja unijnego rozporządzenia MiCA też jest takim krokiem – jest ono stworzone bardziej z myślą o przeciwdziałaniu podejrzanym transakcjom i praniu brudnych pieniędzy oraz kontroli samych emisji kryptowalut, niż o ochronie przed kradzieżą środków na rachunkach graczy. To nieco paradoksalne, bo ustawodawcę wydawał się interesować bardziej ślad węglowy emisji krypto (ICO) niż ochrona depozytów. Docelowe rozwiązanie – np. na poziomie dyrektywy – musiałoby być szybko wdrożone w krajach członkowskich, tak by nie powtórzyła się sytuacja, gdy potencjalny założyciel takiej instytucji finansowej szuka kraju, w którym prawo w największym stopniu ogranicza jego odpowiedzialność za świadczenie takich usług. Tak było w przypadku BitBaya/Zondacrypto.

Nie można jednak rachunków w takich firmach, które wszystkie chcą się dziś nazywać fintechami, traktować jak depozyty bankowe. Nie są bowiem produktami oszczędnościowymi, a inwestycyjnymi, a nawet często spekulacyjnymi. Instytucje, które nimi obracają, nie muszą też spełniać szeregu bankowych wymogów (np. rezerwy obowiązkowe). Licencja na operowanie kryptowalutami w państwach UE (CASP) ma wyjątkowo niskie wymogi finansowe, jak na skalę większości takich przedsięwzięć.

Czytaj więcej:

Nawigator prawny Poradnik 20 lat i trzy lekcje, których rynek wciąż nie odrobił

Pro

Kryptowaluty kryptowalutom nierówne

Ponadto możliwość reklamowania produktów finansowych podwyższonego ryzyka, a takimi są kryptowaluty, powinna zostać znacząco ograniczona. Choćby do zakresu przyjętego dla reklamy gier hazardowych.

Kryptowaluty kryptowalutom są nierówne, ale rośnie liczba tych, których celem jest czysta spekulacja (np. regulowana i ograniczona podaż, której celem jest jedynie wzrost ceny czy obstawianie zakładów o zajście określonych zdarzeń). Nie przypominają one dóbr inwestycyjnych, ale gry hazardowe. A tych generalnie nie można w Polsce reklamować poza licencjonowanymi zakładami bukmacherskimi i loteriami. Rozwiązania te powinny obejmować nie tylko same kryptowaluty, ale też platformy, które pozwalają na handel nimi. Tylko wtedy historia Zondacrypto ma szanse się nie powtórzyć.

Najtrudniejsze jest określenie, gdzie jest granica, która sprawia, że inwestowanie w daną kryptowalutę staje się spekulacyjną grą. Ale od tego jest przecież KNF, a nie publicyści.

Czytaj więcej

Hubert Salik: Obniżki cen paliw, a zarazem cięcia w NFZ. Państwo stało się strażnikiem długu