To była końcówka marca, Londyn. Przed hotelem stała popularna czarna taksówka, z wielką reklamą krypto ETP, czyli instrumentu finansowego notowanego na giełdzie, który pozwala inwestować w kryptowaluty.
Ale moją uwagę przykuł dopisek – wcale nie małymi literami – pod hasłem reklamowym. Przytoczę go w całości: „Nie inwestuj, jeśli nie jesteś gotów stracić wszystkich zainwestowanych pieniędzy. To inwestycja wysokiego ryzyka i nie należy oczekiwać ochrony w przypadku, gdy coś pójdzie nie tak”.
Ryzyko, którego nie chcieliśmy widzieć
Prosty komunikat właściwie niespotykany nad Wisłą. To, że widziałem go na Wyspach, dziwi już mniej, wszak to tam, a dokładnie w Szkocji kilkaset lat wcześniej Adam Smith sformułował jedną z najbardziej bezlitosnych prawd o rynku: wolność oznacza także brak gwarancji. A „niewidzialna ręka” wolnego rynku działa tylko wtedy, gdy jej na to pozwolimy – razem z całym ryzykiem, które to niesie. Rynek może bowiem wiele, ale odpowiedzialności za decyzje inwestora nigdy nie przejmie.
Czytaj więcej
Z jakiegoś powodu zawzięcie blokowali możliwość uregulowania tego rynku i narazili na szwank bezpieczeństwo państwa, narazili na szwank i na straty...
Kilka dni później w Polsce wybucha afera wokół Zondacrypto. Klienci nie mogą wypłacić środków, pojawiają się doniesienia o problemach z płynnością, prokuratura wszczyna śledztwo. I natychmiast pojawiają się głosy: gdzie było państwo? Efektowne, ale przede wszystkim wygodne. Bo przerzuca odpowiedzialność z tych, którzy podejmowali decyzje inwestycyjne, na instytucje, które – w tym konkretnym przypadku – z definicji nie miały pełnych narzędzi do działania. Rynek kryptowalut od lat funkcjonuje w szarej strefie regulacyjnej, balansując między innowacją a spekulacją. I wszyscy uczestnicy tej gry dobrze o tym wiedzieli.
Regulacje nie zastąpią rozsądku
Problem polega na tym, że wiedzieć to jedno, a pamiętać o tym w momencie podejmowania decyzji to drugie. Zondacrypto nie sprzedawała bowiem ryzyka, starała się przekonać, że jest wiarygodna. Sponsoring sportowy, obecność w przestrzeni publicznej, marketing przypominający bardziej bank niż giełdę krypto. To wszystko budowało złudzenie, że mamy do czynienia z instytucją, która działa według zasad znanych z tradycyjnego rynku finansowego.
I tu dochodzimy do ustawy o kryptoaktywach. Rząd chciał wprowadzić nadzór, prezydent ją zawetował. Jedni mówili o bezpieczeństwie obywateli, drudzy o nadregulacji i duszeniu rynku. Spór trwa do dziś. Nie może być jednak usprawiedliwieniem dla zachowań klientów Zondacrypto. Państwo może oczywiście regulować rynek, próbować go cywilizować i ograniczać patologie. Ale nie jest w stanie – i nie powinno – zastąpić podstawowej odpowiedzialności inwestora.
Okrzyki „gdzie jest państwo?” pojawiają się zawsze wtedy, gdy coś idzie nie tak. Tym razem jednak są przedwczesne. Bo zanim zaczniemy pytać o jego rolę, warto zadać sobie inne pytanie. Dużo prostsze i dużo bardziej niewygodne: gdzie był rozsądek powierzających swoje pieniądze kryptowalutowej giełdzie?