Sposób sfinansowania zakupów uzbrojenia dla naszej armii rozpala emocje polityków. Nic dziwnego, chodzi przecież o wydanie setek miliardów złotych (na przestrzeni dekady może i biliona). Znaczenie ma nie tylko to, ile pieniędzy wydać, ale też gdzie. W Europie? W USA? Pal diabli broń, ale jak wielu można zdobyć dzięki temu przyjaciół! No i jak pięknie można się zaprezentować wyborcom: ja chcę tylko amerykańskie! A ja polskie! A ja się nie zgodzę, żeby było niemieckie! To już lepiej koreańskie, bo w końcu niemiecka broń narobiła w minionym wieku wielu szkód w Polsce, a koreańska żadnych. A dodatkowo można epatować wizją finansowej niewoli, która nas czeka, albo poddania się dyktatowi Brukseli, która może zażądać, by czołgi miały napęd elektryczny i pokrywały je panele fotowoltaiczne.

W całym tym ferworze niknie kilka oczywistości, o których musimy pamiętać.

Po pierwsze, zażarta walka o to, czy lepiej sfinansować zakupy broni unijną pożyczką SAFE, czy sprzedażą rezerw złota NBP, czy dodrukiem pieniędzy związanym z księgową sztuczką sprzedania i odkupienia złota, czy obligacjami, czy wreszcie kredytami w amerykańskich bankach nie ma sensu. Według danych NATO, Polska wydaje dziś na nowe uzbrojenie ok. 25 mld dolarów rocznie, a więc łącznie w ciągu dekady nasze potrzeby zapewne znacznie przekroczą 200 mld dol., co oznacza, że cała pożyczka SAFE, nawet powiększona o dochód ze sprzedaży całego złota NBP i tak nie pokryłaby nawet połowy tych wydatków. Politycy plotący o „alternatywie” dla SAFE robią ludziom wodę z mózgów.

Po drugie, nieprawdą jest też twierdzenie, że decyzja o sięgnięciu po środki SAFE oznacza zadłużenie Polski, którego można by uniknąć, używając innych środków. Ponieważ mamy wielki deficyt finansów publicznych, zakupy uzbrojenia tak czy owak będą robione na kredyt. Oznacza to wzrost zadłużenia niezależnie od tego, czy sięgamy po środki europejskie, czy kredyty z USA lub Korei. Jedynym sposobem ograniczenia wzrostu tego zadłużenia byłoby sfinansowanie części zakupów rzeczywistą sprzedażą części rezerw złota, choć rozwagi wymagałoby ustalenie, jak dużo możemy go sprzedać bez ryzyka dla siły złotego.

Po trzecie, nieprawdziwe są też twierdzenia, że pieniądze z SAFE możemy niemal w całości wydać w Polsce. Zaniedbany i przez dekady źle zarządzany polski przemysł zbrojeniowy nie jest w stanie samodzielnie wyprodukować tak wielkich ilości broni odpowiadającej wymogom współczesnej wojny. Nawet jeśli rząd złoży w nim ogromne zamówienia, to i tak znaczna część wydanych pieniędzy zostanie przeznaczona na zakup za granicą niezbędnych technologii i komponentów (dostępnych m.in. dzięki offsetowi). Czyli nie tylko chodzi o wzrost zadłużenia, ale w dodatku zadłużenia zagranicznego.

No i po czwarte. Wydatki obronne będą ogromnym ciężarem dla gospodarki – i wszelkie opowieści o ich błogosławionym wpływie są bzdurą. Natomiast im więcej wysokiej klasy uzbrojenia zdoła wyprodukować nasz przemysł zbrojeniowy i im szybciej nauczy się samodzielnie, we współpracy z polską nauką, rozwijać potrzebne technologie (a nie tylko kupować je za granicą), tym bardziej da się ograniczyć koszty zbrojeń, zwiększyć jego eksport i wspomóc proces awansu technologicznego polskiej gospodarki.

I dlatego właśnie dziś najważniejsze są zmiany w funkcjonowaniu naszego przemysłu zbrojeniowego, a nie banialuki, które nam się wciska.

CV

Witold M. Orłowski

główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, wykładowca Politechniki Warszawskiej.