Ponad rok temu do opinii publicznej dotarła informacja, że według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego Polska już wkrótce dogoni, a następnie przegoni Japonię pod względem PKB na mieszkańca w parytecie siły nabywczej. Z drugiej strony ekonomiści od dłuższego czasu ostrzegają, że nasz dotychczasowy model rozwoju, oparty na niskich kosztach pracy, nieuchronnie się wyczerpuje. Polska produktywność pozostaje jedną z najniższych w Europie, a bez realnego postawienia na innowacje grozi nam wieloletnia stagnacja.

Jak Kalifornia przegoniła Japonię

Pod koniec kwietnia 2025 r. gubernator Gavin Newsom ogłosił, że w 2024 r. PKB Kalifornii przekroczyło 4,1 bln dol. Tym samym stan ten wyprzedził Japonię (4,02 bln dol.) i stał się czwartą gospodarką świata. Tuż przed nim plasują się Niemcy (4,65 bln dol.) – kraj o populacji ponad dwukrotnie większej niż Kalifornia, której liczba ludności jest zbliżona do Polski. Komentując ten spektakularny wynik, Gavin Newsom zauważył: „Nasza gospodarka kwitnie, ponieważ inwestujemy w ludzi, stawiamy na zrównoważony rozwój i wierzymy w siłę innowacji”.

Historia gospodarczego sukcesu Kalifornii to nie opowieść o genialnych odkryciach profesorów, lecz o ogromnej koncentracji talentów. Na jednym kilometrze kwadratowym w Palo Alto, obok setek miliarderów, pracuje dziś więcej inżynierów z najwyższej światowej półki niż w całej Polsce

Kilka miesięcy wcześniej, w wywiadzie przeprowadzonym przez Marka Tejchmana minister finansów Andrzej Domański przypomniał, że jeszcze 15 lat temu PKB Kalifornii stanowiło zaledwie połowę gospodarki Niemiec. Zapytany o klucz do tego sukcesu, Domański odpowiedział krótko: „Połączenie ambitnych i kompetentnych ludzi oraz kapitału chcącego zaryzykować”. Skoro diagnozy polskiego ministra i kalifornijskiego gubernatora są tak zbieżne, warto przyjrzeć się tamtejszemu systemowi wyższej edukacji, który stoi za tym gospodarczym fenomenem.

Czytaj więcej

Leszek Pacholski: W pogoni za Francją warto spoglądać na Koreę

Czekając na Nobla, zbudujmy setki dynamicznych startupów.

W Polsce środowisko akademickie nieustannie apeluje o zwiększenie nakładów na badania podstawowe, argumentując, że przełomowe odkrycia przekładają się na innowacje i wzrost gospodarczy. Budżety konstruowane przez kolejne rządy pokazują jednak, że te argumenty rzadko trafiają do przekonania polityków. Co więcej, z debaty publicznej wynika, że również biznes i wielu ekonomistów sceptycznie ocenia wpływ odkryć naukowych na produktywność w krótkiej, kilkunastoletniej perspektywie.

Trudno się im dziwić. Historia gospodarczego sukcesu Kalifornii to nie opowieść o genialnych odkryciach profesorów, lecz o ogromnej koncentracji talentów. Na jednym kilometrze kwadratowym w Palo Alto, obok setek miliarderów, pracuje dziś więcej inżynierów z najwyższej światowej półki niż w całej Polsce. Oczywiście ktoś tych inżynierów i biznesmenów wykształcił.

Z badań przeprowadzonych w 2011 r. przez Charlesa E. Eesleya i Williama F. Millera wynika, że gdyby firmy założone przez absolwentów Uniwersytetu Stanforda (z lat 1930–2010) stworzyły niezależne państwo, byłoby ono 10. gospodarką świata. Ten strumień innowacji nie wysycha. Niedawny ranking firmy analitycznej Pitchbook, oparty na danych z funduszy venture capital (VC), wskazuje uczelnie, których absolwenci z lat 2014–2025 stworzyli najwięcej prężnych startupów. W tym okresie fundusze VC zainwestowały aż 102,2 mld dol. w 1380 firm stworzonych przez 1519 absolwentów studiów licencjackich na Stanfordzie.

Czytaj więcej

Prof. Leszek Pacholski: Nie promujmy przeciętności

Co ciekawe, w tym zestawieniu Stanford zajął dopiero drugie miejsce. Ustąpił publicznemu Uniwersytetowi Kalifornijskiemu w Berkeley (UCB), którego 1804 absolwentów założyło w tym samym czasie 1650 firm. Łącznie absolwenci wszystkich kampusów Uniwersytetu Kalifornijskiego (UC) stworzyli w analizowanym okresie ponad 3,5 tys. przedsiębiorstw, przyciągając kapitał przekraczający 120 mld dol.

Tanie uczelnie masowe i droższe elitarne

Uniwersytet Kalifornijski (UC) to elitarny segment tamtejszego publicznego szkolnictwa wyższego. Jego nadrzędnym celem jest zapewnienie „zróżnicowanych usług w zakresie wyższej edukacji o najwyższej jakości i minimalnych kosztach, unikając zbędnej rozbudowy i niezdrowej konkurencji”.

Cały system, kształcący około 90 proc. kalifornijskich studentów, opiera się na trzech ściśle zdefiniowanych filarach:

1. Dwuletnie kolegia stanowe (Community Colleges – CCC): 116 szkół skupiających aż 2,1 mln słuchaczy. Oferują tani, powszechny dostęp do edukacji i możliwość łatwego transferu na wyższe etapy studiów.

2. Czteroletnie uniwersytety stanowe (California State University – CSU): 23 kampusy z ponad 460 tys. studentów. Są nastawione na masowe, wysokiej jakości kształcenie ogólne i praktyczne przygotowanie zawodowe do poziomu licencjata (bachelor).

3. Uniwersytet Kalifornijski (UC): 10 elitarnych kampusów (w tym Berkeley i UCLA) prowadzących także studia doktorskie oraz zaawansowane badania naukowe, kształcących w sumie niespełna 300 tys. osób.

W Kalifornii nie ma jednego ministerstwa centralnie zarządzającego wszystkimi uczelniami. Każdy z trzech segmentów posiada odmienny model finansowania, niezależne organy zarządzające i inny poziom autonomii. Władze stanowe nie finansują badań naukowych w UC – kampusy otrzymują jedynie fundusze na dydaktykę powiązane z liczbą studentów. Podczas gdy segmenty masowe (CSU i CCC) są silnie dotowane z budżetu stanu, elitarny UC opiera się na finansowaniu hybrydowym. Na przykład budżet UC Berkeley składa się z czterech podobnych, około 25-proc. części: dotacji stanowej, czesnego, grantów badawczych oraz prywatnych darowizn.

Różnice w misjach przekładają się na nakłady finansowe i wymagania. Roczny koszt kształcenia studenta w UC to 45–60 tys. dol., w CSU wynosi on 20–30 tys. dol., a w CCC zaledwie 10–18 tys. dol. O przyjęcie do elitarnego UC ubiegać się może tylko 12,5 proc. najlepszych absolwentów szkół średnich w stanie, do CSU trafia jedna trzecia najlepszych, a bramy CCC stoją otworem przed każdym rezydentem z dyplomem ukończenia szkoły. Istotne są też różnice w czesnym: rocznie w UC to 15–17 tys. dol., w CSU 6–7 tys. dol., a w CCC 1,5–2 tys. dol. Studia w systemie UC i CSU są dostępne również dla osób spoza stanu, jednak wymagania rekrutacyjne i opłaty są dla nich znacząco wyższe.

Czytaj więcej

Prof. Pacholski: Na polskich uczelniach się tylko bywa

Diametralnie różni się też wykorzystanie kadry. Wykładowca w dwuletnim CCC spędza przy tablicy ponad 20 godzin tygodniowo. Profesor na elitarnym UC – 3–6 godzin, a naukowe „gwiazdy” prowadzą czasem tylko jedno semestralne seminarium rocznie, skupiając się na opiece nad doktorantami. Drastyczne różnice widać też w zarobkach. Pensje w szkolnictwie masowym są płaskie (100–140 tys. dol. rocznie), natomiast w UC zależą od rynkowej wartości danej dyscypliny. Najlepsi eksperci od sztucznej inteligencji, medycyny czy prawa zarabiają 400–700 tys. dol. rocznie, a stawki siedmiocyfrowe nie należą do rzadkości.

Podstawowym zadaniem tego systemu jest kształcenie, a stanowa Rada Gubernatorów nie prowadzi systematycznej ewaluacji kampusów UC. Mimo to – a może właśnie dlatego – uczelnie te należą do światowej czołówki naukowej. W Rankingu Szanghajskim (z 2025 r.) kampus w Berkeley zajmuje piąte miejsce, a Los Angeles, San Diego i San Francisco plasują się odpowiednio na pozycjach 16., 20. i 21. W pierwszej setce znajdują się jeszcze dwa inne kampusy UC. Dla porównania: najlepszym historycznym wynikiem polskiej uczelni było miejsce w czwartej setce Uniwersytetu Warszawskiego w 2020 r.

Prowincjonalne Riverside i Merced kontra polskie stołeczne UW i UJ

Prawdziwym zaskoczeniem okazuje się jednak porównanie polskich uczelni nie z kultowym Berkeley, lecz z młodszymi, prowincjonalnymi kampusami UC. Dziewiąty kampus, UC Riverside (UCR), założono w połowie XX w., aby wspierać mobilność społeczną w regionie zamieszkałym głównie przez ubogą ludność latynoską. Choć plasuje się on w trzeciej setce Rankingu Szanghajskiego, to wśród absolwentów ma noblistę z fizyki i deklasuje polskie uczelnie pod względem liczby publikacji w najbardziej prestiżowych czasopismach. Ma też wielu często cytowanych uczonych – UW nie ma obecnie żadnego.

Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej okazuje się, że Uniwersytet Warszawski jest realnie dwukrotnie bogatszy od UC Riverside, a Uniwersytet Jagielloński dysponuje pięciokrotnie większym potencjałem finansowym niż goniący go młody kampus w Merced!

Z kolei dziesiąty, najmłodszy kampus UC w Merced (UCM) powstał zaledwie 20 lat temu w ubogim regionie rolniczym Doliny San Joaquin. Podobnie jak Uniwersytet Jagielloński, plasuje się on w szóstej setce rankingu. UCM ma jednak więcej prestiżowych publikacji niż UJ i w odróżnieniu od naszej najstarszej uczelni zatrudnia często cytowanych w świecie badaczy.

Czytelnika przyzwyczajonego do narzekań na biedę polskich uczelni zaskoczy zestawienie finansów. Budżety wspomnianych amerykańskich kampusów – po odliczeniu gigantycznych kosztów socjalnych, medycznych i emerytalnych, których polskie uniwersytety nie ponoszą w ramach swoich budżetów – są porównywalne lub nawet niższe od budżetów UW czy UJ. Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej okazuje się, że Uniwersytet Warszawski jest realnie dwukrotnie bogatszy od UC Riverside, a Uniwersytet Jagielloński dysponuje pięciokrotnie większym potencjałem finansowym niż goniący go młody kampus w Merced!

Wysokie pozycje Stanforda czy UC Berkeley można tłumaczyć miliardowymi budżetami. Skąd jednak bierze się naukowa przewaga skromniejszych uczelni, takich jak UCR czy UCM? Na pewno nie z nadmiernego obciążenia polskich naukowców dydaktyką. Na UC Riverside na jednego nauczyciela przypada ponad 23 studentów, w Merced ponad 22 (a uwzględniając tylko stałą kadrę – aż 36). Tymczasem na UW ten stosunek wynosi 1 do 8, a na UJ niespełna 1 do 7.

Uczelnie badawcze potrzebują innej kadry niż uczelnie zawodowe, ponieważ oczekiwania i możliwości studentów w każdym z tych sektorów są skrajnie różne. Doskonale rozumieją to w USA

W czym tkwi problem?

W Polsce dominuje niepoparte danymi przekonanie, że źródłem słabości naszych uczelni jest brak pieniędzy i nadmiar studentów. Porównanie z Kalifornią obnaża zupełnie inne problemy strukturalne.

Dobrze ilustrują to wskaźniki PCP (Per Capita Performance) w Rankingu Szanghajskim, które mierzą produktywność naukową uczelni w przeliczeniu na jednego pracownika. Jeśli uszeregujemy uczelnie według tego kryterium, Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński spadają do dziesiątej setki rankingu. Tymczasem Riverside awansuje do drugiej setki, a Merced do trzeciej.

Uczelnie badawcze potrzebują innej kadry niż uczelnie zawodowe, ponieważ oczekiwania i możliwości studentów w każdym z tych sektorów są skrajnie różne. Doskonale rozumieją to w USA. Wybitny nauczyciel w community college nie musi prowadzić badań, a profesor uniwersytetu badawczego nie marnuje swojego czasu, prowadząc proste zajęcia na masowych studiach zawodowych. W Polsce tymczasem modny „awans” uczelni doprowadził do sytuacji, w której znaczna część kadry uniwersytetów przekształconych ze szkół zawodowych ma znikome kompetencje naukowe.

Z drugiej strony, nawet najlepsze polskie uczelnie ze względów ekonomicznych przyjmują na studia źle przygotowanych i słabo zmotywowanych kandydatów. Brak selekcji w trakcie studiów prowadzi do obniżania wymagań, uzasadnia zatrudnianie nauczycieli bez ambicji naukowych i zdejmuje z władz uczelni presję, by walczyć o wybitnych badaczy.

W Kalifornii wysokość finansowania uczelni z budżetu stanu zależy od liczby studentów. W Polsce w algorytmach finansowania uczelni oraz instytutów PAN kluczowym wskaźnikiem pozostaje liczba etatów. Dlatego zatrudnienie asystenta z minimalną pensją nie stanowi dla budżetu polskiej uczelni problemu. Gdy pojawia się młody doktor zainteresowany pracą na uczelni, opiekunowie znajdą dla niego etat – czasem dopisując zbędne zajęcia do programu studiów.

W kampusie uniwersytetu kalifornijskiego utworzenie nowego etatu profesorskiego to decyzja strategiczna. Świadomość wielomilionowych wydatków w perspektywie lat zmusza do rygorystycznej oceny ryzyka. Gdy decyzja już zapadnie, nowego profesora szuka się w drodze otwartego konkursu wśród najlepszych światowych ekspertów. Ma on przyciągnąć na uczelnię talenty, granty, darowizny i prestiż, ale nikt nie oczekuje, że będzie pracował za pensję minimalną.

Inną przyczyną sukcesu Kalifornii jest odpowiedzialność w tworzeniu nowych struktur. Nowe uczelnie nie są wynikiem politycznego lobbingu, lecz starannej analizy potrzeb. Decyzję o budowie dziesiątego kampusu UC w Dolinie San Joaquin Rada Regentów podjęła w 1988 r. Analiza możliwych lokalizacji trwała kolejne siedem lat. Nikomu nie przyszło do głowy, by po prostu „awansować” istniejący tam uniwersytet stanowy (Fresno State) kształcący 25 tys. studentów. Tymczasem w Polsce od 2023 r. utworzono siedem nowych uniwersytetów publicznych, mechanicznie „awansując” lokalne akademie i wyższe szkoły zawodowe.

Magnes na globalne talenty

Można zapytać, czy rankingi mają jakiekolwiek znaczenie dla rozwoju gospodarczego, czy są jedynie akademicką grą interesującą głównie rektorów. Odpowiedź jest prosta: wysoka pozycja działa jak potężny magnes. Ściąga z całego świata talenty, które rozwijają się pod okiem wybitnych mentorów, a potem zasilają centra badawczo-rozwojowe globalnych korporacji lub zakładają własne biznesy.

Według danych Pitchbooka, w ciągu ostatniej dekady absolwenci studiów doktoranckich z samego Berkeley założyli 1577 startupów, pozyskując na ich rozwój ponad 129 mld dol. Doktoranci ze Stanfordu byli jeszcze skuteczniejsi – stworzyli 3286 firm i zdobyli ponad 222 mld dol. Wyższa pozycja w rankingu przekłada się bezpośrednio na realny kapitał.

Nie przedstawię tu listy głębokich reform, które należałoby wprowadzić, aby z polskich uniwersytetów zaczął płynąć strumień innowacyjnych startupów dynamizujących gospodarkę. Są jednak eksperci, którzy doskonale wiedzą, co trzeba zrobić, a minister finansów na pewno rozumie, że nawet przy obecnym deficycie budżetowym, nas na to stać. Aby rozpocząć zmiany potrzebna jest wola polityczna rozpoczęcia budowy intelektualnego zaplecza dla innowacyjnej polskiej gospodarki. Suweren to poprze.

O autorze

Leszek Pacholski

Emerytowany profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, rektor tej uczelni w latach 2005–2008, wieloletni dyrektor reformator Instytutu Informatyki