Przyznaję, od tej strony wicepremiera i ministra spraw zagranicznych nie znałem. Że taki dowcipniś z niego i że nawet w dyskusji o poważnej, systemowej sprawie potrafi zdobyć się na żart. Przyznaję, inteligentny. Kilka osób się na niego nawet nabrało, wypytując – nienachalnie, aby się przypadkiem nie podłożyć – czy to faktycznie tylko prywatne zdanie ministra, czy może jednak jest coś na rzeczy i rząd, biorąc się za wysokie zarobki lekarzy, przyjdzie później po prezesów spółek, tych skarbu państwa, jak i komunalnych.
Już wyjaśniam o co chodzi. Oto w połowie lipca Radosław Sikorski popełnił wpis w serwisie X (dawniej znanym jako Twitter). Przytoczę całą jego treść:
– Osobiście uważam, że nikt w sektorze publicznym, ze spółkami skarbu państwa i komunalnymi włącznie, nie powinien zarabiać więcej niż prezydent RP. Jak ktoś chce być milionerem, to powinien spróbować swych sił w sektorze prywatnym – napisał Radosław Sikorski, wicepremier, minister spraw zagranicznych.
Jego słowa były z kolei komentarzem do wpisu na profilu TVP Info, w którym użytkowników X zapytano o zdanie w następującej kwestii: „Czy jesteś za rządową propozycją wprowadzenia limitu płac lekarzy w publicznej ochronie zdrowia?”. Wyniki wątpliwości nie pozostawiły: tak – 86 proc., nie – 14 proc., głosów oddanych w sondzie było 2289.
Dla pełnego kontekstu żartu Sikorskiego przypomnijmy jeszcze zarobki prezydenta RP. To dziś ok. 30 886 zł brutto miesięcznie, czyli ok. 21,5 tys. zł netto.
A co, jeśli wicepremier i minister spraw zagranicznych nie żartował i jego „osobisty pogląd” stałby się wykładnią polityki rządu? Jak nie obecnego, to na przykład tego, którego sam byłby szefem?
Obniżenie pensji? Najlepsi odejdą dzień po decyzji
Nie jest trudno to sobie wyobrazić. Spółka Skarbu Państwa, szpital, miejska spółka komunalna czy kluczowa instytucja publiczna konkurują o ludzi z rynkiem prywatnym. O menedżerów, prawników, informatyków, lekarzy, ekspertów od energetyki, finansów, cyberbezpieczeństwa, inwestycji i infrastruktury. Można oczywiście uznać, że wszyscy oni powinni pracować za wynagrodzenie niższe niż prezydent RP. Tylko wtedy trzeba uczciwie powiedzieć obywatelom, jakie będą tego konsekwencje.
Najlepsi pójdą tam, gdzie ich kompetencje zostaną lepiej wycenione. Do prywatnych klinik, funduszy inwestycyjnych, firm technologicznych, kancelarii i zagranicznych korporacji. W sektorze publicznym zostaną zaś ci, którzy z różnych powodów zaakceptują niższą pensję: z poczucia misji, z wygody, z braku innych możliwości albo dlatego, że prawdziwych pieniędzy będą szukać gdzie indziej. Tylko że wtedy polityczny limit płac miast walczyć z patologiami, bardzo szybko zacząłby je sam produkować. W postaci dodatków, premii czy wynagrodzeń w spółkach zależnych lub radach nadzorczych.
Bierny, mierny, ale wierny
Ale propozycja ministra Sikorskiego – gdyby nie była żartem, bo przecież jest – niesie za sobą jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Im niżej państwo wycenia kompetencje zatrudnianych ludzi, tym bardziej zwiększa znaczenie ich politycznej lojalności. Bo jeśli fotel prezesa spółki skarbu państwa lub komunalnej nie przyciąga najlepszych warunkami pracy i wynagrodzeniem, to nęcić mogą już tylko wpływ, władza, dostęp i lokalny prestiż.
Oczywiście, wysokie zarobki w sektorze publicznym powinny podlegać kontroli. Oczywiście, trzeba pytać, czy prezes spółki, dyrektor szpitala albo menedżer publicznej instytucji naprawdę zarabia za wyniki, odpowiedzialność i kompetencje, czy tylko za nominację. Ale nie można wymagać, aby menedżer publicznej spółki prowadził wielomiliardowe inwestycje, konkurował z zagranicznymi firmami, zarządzał geopolitycznym ryzykiem i jeszcze robił to za pensję ustaloną według politycznego widzimisię.
Na całe szczęście, to się nie ziści, bo Radosław Sikorski przecież żartował. Bo żartował pan, panie wicepremierze, prawda?