Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego ceny żywności spadły, mimo że krajowe zbiory ucierpiały z powodu suszy i przymrozków.
  • Jaką rolę w kształtowaniu cen na półkach odgrywa rywalizacja między sieciami handlowymi.
  • Kiedy spodziewany jest koniec okresu deflacji cen żywności i jak wysoka może być inflacja w tej kategorii przyszłym roku.
  • Które globalne i lokalne czynniki mogą wkrótce doprowadzić do wyraźnego wzrostu cen żywności.

Zgodnie z danymi GUS o inflacji, ceny żywności w czerwcu w Polsce spadły o 0,6 proc. r/r, i była to największa deflacja w tej kategorii od 11 lat. Tylko w ciągu dwóch miesięcy – maja i czerwca – ceny w tej kategorii spadły o blisko 2 proc., co nie zdarzyło się od bardzo dawna. Ceny produktów rolnych w czerwcu były z kolei o ponad 15 proc. niższe niż przed rokiem. Co się dzieje?

Dane GUS zaskoczyły drugi raz z rzędu, w maju i czerwcu ceny żywności wyłamały się z wzorca sezonowego. Główną przyczyną zaskoczenia była dynamika cen owoców. Warunki agrometeorologiczne w tym roku w Polsce były na ogół słabe: w okres wegetacji weszliśmy z silną suszą, raporty wskazywały, że tak źle nie było od dawna. Ponadto wiosną wystąpiły przymrozki, które wyrządziły dość znaczące straty wśród producentów owoców. Patrząc więc tylko na krajowe podwórko, niższa podaż powinna objawiać się wzrostem cen. Na to należy jednak nałożyć to, co dzieje się poza Polską.

A co się dzieje?

Naszym głównym przypuszczeniem jest to, że słabsze krajowe zbiory owoców zostały z nawiązką skompensowane przez ich tani import, a głównymi kierunkami prawdopodobnie były Serbia i Turcja. Aby zweryfikować tę hipotezę, potrzebujemy jednak poczekać jeszcze dwa miesiące, ze względu na opóźnienia w raportowaniu danych o handlu zagranicznym.

Tanieje też wiele warzyw. To też źródło zaskoczenia?

Tak. Z warzywami mamy do czynienia z podobną historią jak w przypadku owoców, choć najsilniej taniejące warzywa, czyli np. pomidory, ogórki czy papryka pochodzą u nas głównie ze szklarni, więc warunki agrometeorologiczne nie miały tak dużego wpływu na podaż. Również i w tym przypadku uważamy, że istotne znaczenie miała skala importu.

Spadają także ceny skupu trzody chlewnej i drobiu, co jest efektem ich zwiększonej podaży. Widzimy więc spadki cen mięsa. W czerwcu dynamikę cen żywności obniżała też kategoria „cukier, wyroby cukiernicze i desery”, a główną przyczyną były taniejące czekolada i kakao. Ceny kakao były na szczycie w 2025 r. i spadły z niego dość gwałtownie. Działa tu więc efekt wysokiej bazy sprzed roku.

Zakres produktowy spadku inflacji cen żywności jest jednak jeszcze szerszy: to również m.in. zboża i produkty zbożowe oraz oleje i tłuszcze, z masłem na czele. Tam w ogóle dynamika spadku cen jest imponująca i nie wynika jedynie z czynników fundamentalnych.

Zgodnie z danymi GUS masło i pokrewne produkty potaniały przez rok o ponad 25 proc. r/r.

Cena masła poniżej 1 zł, czy teraz około 2 zł za kostkę, nie pokrywa kosztów produkcji. A to prowadzi do kolejnego, niepomijalnego czynnika tłumaczącego presję na spadek cen żywności...

...czyli ostrej rywalizacji sieci handlowych.

Strategią dyskontów jest utrzymywać relatywnie wąski asortyment i optymalizować koszty tak, aby oferować jak najbardziej konkurencyjne cenowo produkty. Obserwujemy silną rywalizację cenową szczególnie w niektórych segmentach, m.in. świeżego mięsa, masła czy cukru, czyli produktów w miarę jednorodnych. Konsumentom jest często wszystko jedno, jaką kostką masła kupią – są one wszystkie bardzo podobne, często wystandaryzowane. Dlatego sieci obniżają ceny takich jednorodnych produktów, często sprzedając je wyraźnie poniżej kosztów zakupu od producenta. Wszystko po to, aby przyciągnąć klientów, którzy zrobią zakupy innych produktów – takich, na których sieć już zarobi.

Czytaj więcej

Ceny żywności w Polsce spadły najmocniej od 11 lat. Ulga dla portfeli nie potrwa długo

Ceny żywności przetworzonej cechują się mniejszą zmiennością i wolniej reagują na spadki kosztów surowców niż żywność nieprzetworzona. Dlaczego?

Poza ceną surowca, większy udział w finalnej cenie żywności przetworzonej mają koszty pracy, energii itd. To działa więc stabilizująco. Natomiast pewnym zaskoczeniem jest to, że obserwujemy umiarkowany wzrost presji kosztowej – m.in. cen energii czy paliw – a jednocześnie ceny są dość stabilne, w wielu kategoriach obserwujemy spadki. Trochę przypisuję to wspomnianej rywalizacji cenowej pomiędzy sieciami handlowymi, które "pilnują" cenników i starają się nie podnosić cen, jeśli nie muszą.

Czy można przewidywać dalsze losy tej wojny cenowej?

To trudne pytanie. Obserwujemy sytuację z opóźnieniem, bazując m.in. na wynikach finansowych sieci. Niemniej ogólnie branża zwraca uwagę na słaby popyt i to, że konsument jest bardziej wrażliwy cenowo niż kiedyś. Zakładam, że tak długo, jak to się nie zmieni, to sieci handlowe nadal będą musiały zarządzać cenami bardzo ostrożnie, żeby nie tracić obrotu.

Niemniej obecna deflacja cen żywności to jednak raczej zbieg kilka pozytywnych czynników, nie trwałe zjawisko?

Tak. Kilka rynków surowców rolnych znajduje się obecnie w dołkach cenowych. Tak jest m.in. z wieprzowiną i produktami mlecznymi, a to kategorie z dość dużą wagą w koszyku inflacyjnym. Przykładowo, uważamy, że w czwartym kwartale ceny skupu mleka, a tym samym również ceny produktów mlecznych, zaczną już rosnąć.

Jeśli chodzi o trzodę chlewną, to dołek cenowy przewidujemy na pierwszy kwartał 2027 r., a następnie ceny najprawdopodobniej również zaczną rosnąć. Obecnie ceny skupu trzody chlewnej spadły do tego poziomu, że produkcja w Europie stała się nieopłacalna. Analogiczną sytuację mamy w Brazylii, która jest kluczowym eksporterem na wielu rynkach. W tych warunkach wielu producentów będzie ograniczać produkcję, a od dołka cenowego do odbicia ceny jest w sumie niewielka droga. Wystarczy, że szala popytu nad podażą się przechyli i nagle zacznie brakować surowca. To może doprowadzić do dość silnych wzrostów cen, które w naszej ocenie nastąpią w 2027 r.

Do tego dochodzi efekt wzrostu cen nawozów w związku z konfliktem w Zatoce Perskiej. To będzie miało wpływ na ceny żywności, ale z opóźnieniem. O ile obecne żniwa bazują jeszcze na "starych" kosztach nawozów, o tyle kolejne będą już w oparciu o nowe, wyższe. Szok nie będzie tak silny jak wydawało się w pierwotnej fazie wojny w Iranie, niemniej przestrzeń do wzrostu cen żywności cały czas istnieje.

Szok kosztowy będzie miał dość szeroki zakres produktowy. Jeśli na to nałożymy przewidywany wzrost cen m.in. na rynku produktów mlecznych i wieprzowiny, i jeszcze dorzucimy efekty niskiej bazy z tego roku, to wychodzi nam wyraźne odbicie cen w przyszłym roku.

Z lipcowej projekcji NBP wynika, że z obecnej deflacji cen żywności zrobi się inflacja na poziomie około 2,5-3 proc. od wiosny przyszłego roku. Ekonomiści PKO BP zakładają, że inflacja w tej kategorii będzie się kierować w okolice nawet około 5 proc. r/r w połowie 2027 r. A jakie szacunki mają analitycy Credit Agricole?

Uważamy, że w trzecim kwartale przyszłego roku to może być 7-8 proc. r/r.

Wśród czynników ryzyka dla cen żywności wielu ekonomistów wymienia silny efekt El Niño. Czy to rzeczywiście może być ważne dla rynku?

El Niño to historia nośna medialnie, natomiast jego efekt jest bardzo złożony i nieprzewidywalny. To bardzo dynamiczne zjawisko i w zależności od jego układu może mieć zarówno proinflacyjny, jak i deflacyjny charakter. Osobiście z dużą ostrożnością podchodzę do wszelkich rewelacji, że to wstrząśnie światowymi cenami żywności.

Czytaj więcej

Dramatyczna sytuacja rolników. Żniwa dopiero się zaczęły, a oni już liczą straty

Schodząc na lokalne uwarunkowania agro-meteo: czy tegoroczne warunki meteorologiczne w Polsce - przymrozki, upały, susza - to czynnik, który uderzy w uprawy, i podbije ceny żywności?

Jeżeli chodzi o owoce i warzywa, to częściowo może mieć wpływ, bo to nasze lokalne kategorie – aczkolwiek przykład bieżącego roku pokazuje, że i z tym bywa różnie. Natomiast nawet gdyby wystąpiła u nas bardzo duża susza i słabe żniwa zbóż czy roślin oleistych, to tak mocno zależymy od światowego rynku, że nie będzie miało to istotnego znaczenia. Nie ma co oczekiwać, że np. ceny pieczywa drastycznie wzrosną.

Sytuacja w rolnictwie może zmieniać się dynamicznie. Wystarczy np. kilka dni upałów, a już ma to wpływ na wegetację, na to, jak rosną zboża, na stres cieplny krów i to, ile dają mleka, czy na przyrosty wagi żywca. Podobnie, nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, np. jak skala zagrożenia suszą może wpłynąć na spadek produkcji. To są bardzo indywidualne kwestie, zależne choćby od charakterystyki poszczególnych gospodarstw.

Mogę natomiast powiedzieć, że rolnicy są coraz bardziej świadomi, że "taki mamy klimat". Dostosowują się do zmian poprzez odpowiednie zabiegi polowe czy zasiew odmian odpornych na suszę. Mimo że przez ostatnie lata notorycznie mamy suszę rolniczą, to wydajność, a w konsekwencji i produkcja w wielu kategoriach sukcesywnie rośnie.

Cieszę się, że zwraca pan uwagę na tę aktywną postawę, bo często powszechny przekaz jest inny: gdy pojawi się susza, przymrozki czy inne niekorzystne warunki agro-meteo, to regularnie słyszy się ubolewania rolników nad dotkliwymi stratami znacznych części upraw.

Myślę, że taka jest natura rolników. Mało który biznes mierzy się z tyloma źródłami ryzyka. Warunki agrometeorologiczne, presja ze strony szkodników, choroby zwierząt, wysoka zmienność kosztów i cen – nawet jeśli rolnik po swojej stronie zrobi wszystko dobrze, to na koniec o jego zyskach zadecydują czynniki od niego niezależne. Można odnieść wrażenie, że w innych biznesach przedsiębiorcy mają nieco większy wpływ na swoje wyniki finansowe, albo mogą skuteczniej zabezpieczyć się przed ryzykiem. Być może stąd ten pesymizm rolników, którego wyraz mamy w różnych wynikach badań koniunktury. Natomiast warto zauważyć, że jeśli rzeczywiście byłoby tak źle, jak systematycznie wskazują badania koniunktury, to produkcja by nie rosła i nie bilibyśmy co roku rekordów w eksporcie żywności.