Prezes mógł mieć ustawę likwidującą Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego zgodnie z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu przyjętą przez Sejm i czekać, co z nią zrobi Senat. A w dodatku mieć po swojej stronie prezydenta. Wszak tamten projekt był uzgodniony przez Andrzeja Dudę i szefową Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Jednak Kaczyński wolał przez cztery miesiące przekonywać Zbigniewa Ziobrę i jego Solidarną Polskę do poparcia kompromisu z Brukselą. Ostatecznie warunkiem poparcia były poprawki, które – co przyznał ostatnio sam Duda – choć zdaniem prezydenta nie były istotne, zostały przez KE uznane za zerwanie kompromisu. Już wtedy Kaczyński mógł doprowadzić do sytuacji, do jakiej doszło w piątek, gdy Ziobro głosował przeciw, ale przy wstrzymaniu się od głosu większości opozycji, ustawa przeszła do zdominowanego przez opozycję Senatu. Co gorsza, dziś Kaczyński musi obłaskawić Dudę, któremu obecny projekt się nie podoba.