Bywały w Polsce debaty, które zmieniały bieg historii. Czy Lech Wałęsa nie przegrał aby w 1995 roku swojej drugiej kadencji, proponując Aleksandrowi Kwaśniewskiemu podanie nie ręki, lecz nogi? Czy Adrian Zandberg nie utopił swoim wystąpieniem w debacie z 2015 roku wielkiej koalicji SLD, dzięki czemu doszła do władzy prawica? Czy klęska prezesa PiS w debacie Tusk–Kaczyński z 2007 roku nie oddała na osiem lat władzy w Polsce Platformie? Tak mogło być, choć osobiście nie przesadzałbym z tak jednoznacznym werdyktem.

Czytaj więcej

Debata Kaczyński - Tusk? Prezes PiS nie wyklucza, ale stawia warunki

Za zmianami trendów w polityce stoi trochę więcej niż tylko umiejętności retoryczne liderów. Ważna jest opinia publiczna, obietnica wyborcza, sprawność kampanii i setki innych czynników. Niemniej byłoby przejawem ślepoty i politycznej ignorancji twierdzenie, że wizerunek przywódcy się nie liczy. Niekiedy jest najważniejszy. A nie ma lepszego sprawdzianu niż skrzyżowanie rękawic w debacie. O tej formie konfrontacji Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem mówiło się miesiąc temu. Pisaliśmy o tym w „Rz”, zaznaczając, że tylko taka debata miałaby sens, a nie produkt zastępczy, jakim byłoby spotkanie Tuska z Mateuszem Morawieckim. Niezależnie od roli ustrojowej premiera realnym przywódcą obozu prawicy jest Kaczyński i tylko jego „sprawdzam” wobec lidera największej partii opozycyjnej ma sens. Wtedy taką możliwość wykluczono, dziś mówi o debacie sam Kaczyński, choć zastrzega, że musiałaby być wolna od „obrzucania wyzwiskami czy pogróżkami”.

Co się więc zmieniło w czasie tych czterech tygodni? Skąd ta nagła deklaracja lidera prawicy, o którym dotąd mówiono, że unika konfrontacji z Tuskiem jak ognia? Mogło się nic nie zmienić i deklaracja Kaczyńskiego to czysty blef. Wciągnięcie lidera PO w pułapkę, zmuszenie do przygotowań, a później, po przeprowadzonej kampanii kalumnii, ogłoszenie, że jako lider „formacji reprezentującej interesy Niemiec” jest niewiarygodny. Po raz kolejny uderzyłoby to z całą siłą w wizerunek lidera PO w neutralnej części elektoratu.

Może być jednak inaczej. Kaczyński po objeździe Polski i cyklu spotkań z elektoratem nie tylko poczuł się silny, ale też ma pewność, że takiej konfrontacji w oczach swoich wyborców przegrać nie może. Doskonale wie, że cokolwiek powie, jakiegokolwiek lapsusu się nie dopuści, i tak w grupie swoich wyznawców nic nie straci. Co więcej, może tylko zyskać, zarówno w kręgach partyjnych, jak i w elektoracie konkurentów, czyli np. wyborców Solidarnej Polski. Domniemane pognębienie w debacie Tuska miałoby być w tym sensie wzmocnieniem pozycji we własnej partii. I zerwaniem z wizerunkiem bredzącego sklerotycznie staruszka.

Trudno mieć pewność, czy do takiej debaty dojdzie. Byłoby dobrze, gdyby tak się stało. Oznaczałaby bowiem powrót polskiej polityki na ścieżkę sporu o pryncypia. Tyle że taka debata biegu historii i tak by nie odmieniła. Elektorat PiS jest stabilny. I nieprzemakalny.