W Polsce panuje entuzjazm po werdykcie Norweskiego Komitetu Noblowskiego, który wszyscy rozumieją jako demonstrację zachodnich elit przeciw autorytaryzmom wschodniej Europy i wyraz poparcia dla wolnościowych demokratów w Ukrainie, Rosji i Białorusi. To wszystko szalenie ważne, zwłaszcza dla przeciwników reżimów Putina i Łukaszenki po tej i tamtej stronie współczesnej żelaznej kurtyny. To również symboliczny dowód względnej jedności opinii publicznej świata Zachodu i ważny przełom; dzięki nagrodzie topnieje do szczętu reszta legitymacji moralnej reżimów Łukaszenki i Putina, a ich sojusznikom zostają już tylko argumenty strachu i tzw. realizm w kwestiach gospodarczych. W ten sposób mamy powtórkę z czasów późnego Związku Sowieckiego. Wtedy w drugiej połowie lat 70. było całkiem podobnie.

A skoro już wracamy do tych czasów, to trudno nie doszukać się analogii między ostatnią decyzją Komitetu a rokiem 1975, kiedy nagroda została przyznana wybitnemu dysydentowi i krytykowi Związku Sowieckiego Andriejowi Sacharowowi. Tamten triumf rosyjskiego fizyka i humanisty był jak łyk świeżego powietrza dla rodzącej się antysowieckiej opozycji. Nie wiem, czy uruchomił, ale z pewnością wsparł procesy rozpadu imperium, zamknięte ostatecznie porozumieniem liderów republik związkowych w Puszczy Białowieskiej w 1991 roku. To dobry omen; można mieć tylko nadzieję, że historia się powtórzy.

Osobliwie decyzja Norweskiego Komitetu Noblowskiego została podjęta w dzień urodzin Władimira Putina, musiała być więc dla niego siarczystym policzkiem. Nie ostatnim, jak się okazało. W sobotę, 8 października, wskutek – najpewniej dokonanego przez Ukraińców – sabotażu doszło do zniszczenia części mostu nad Cieśniną Kerczeńską. Szczegółów tego ataku (o ile był to atak) pewnie szybko nie poznamy (o ile kiedykolwiek), niemniej pożar i dewastacja mostu zrobiły w Rosji i na świecie piorunujące wrażenie.

Czytaj więcej

Andrzej Łomanowski: Putin skończył 70 lat. Smutne urodziny dyktatora

Nie jest to bez wątpienia cios w tej wojnie przełomowy, ale jako akcja uderzająca w zbiorową emocję narodu i jego przywódcy ma wyjątkowe znaczenie. Koincydencja miejsca i daty wywołała szok i nie pozostanie bez echa. Jakie to będzie echo? To kluczowa sprawa. Eksperci twierdzą, że przede wszystkim trzeba się niestety liczyć z narastającą furią Kremla. A furia to nic dobrego. O ile Putin jeszcze do niedawna kalkulował prawdopodobieństwo zwycięstwa w Ukrainie przy użyciu broni konwencjonalnej, o tyle zapewne dziś jest coraz bliższy decyzji o uruchomieniu bardziej ryzykownych arsenałów. W tę stronę niestety może pchnąć desperacja, która bywa zwykle bardziej sumą emocji niż przesłanek racjonalnych. Pisze o tym zresztą świetnie na stronach portalu Foreign Affairs Tatiana Stanowoj z amerykańskiego think tanku Carnegie Endowment. Tekst powstał, zanim jeszcze zadudniły strzały korków od kremlowskich szampanów.

Dziś, kiedy tyle razy w ostatnich dniach upokorzony rosyjski dyktator gorączkowo rozważa kolejne scenariusze, światu winna cierpnąć skóra. Ryzyko poważniejszej niż dotąd konfrontacji rośnie. Warto więc pamiętać, że to szczególny moment na solidarność i polityczną jedność Zachodu. Wyjątkowo dobrze powinna rozumieć to Warszawa.