Na problemy szkolnictwa patrzeć można z dwóch perspektyw. Po pierwsze, doraźnych problemów. Inflacja dotkliwie zżera zarobki nauczycieli, ponieważ zarabiają niewiele, a podwyżki cen właśnie w takie grupy uderzają najmocniej. Szkoły jeszcze nie otrząsnęły się z kryzysu wywołanego pandemią, na który nie były przygotowane. Początek covidu był absolutną organizacyjną katastrofą, brakowało sprzętu, oprogramowania, pomysłów – jedynie niezwykle kreatywni dyrektorzy dawali sobie z tym radę. Niemal dwa lata nauki zdalnej pozostawiły nasz system edukacyjny poraniony. Problemy ekonomiczne, które przyszły później, sytuację tylko pogorszyły. Kolejne zmiany podatkowe sprawiały, że w budżetach samorządów było zaś mniej środków na to, by finansować oświatę.

Ale można na ten kryzys popatrzeć też z innej strony: jaki jest bilans konserwatywnej rewolucji, którą PiS zapowiadało w 2015 r., gdy szło do władzy? Odpowiedź jest jednoznaczna – prawica poniosła w szkole druzgoczącą klęskę. Minister Przemysław Czarnek używa ideologii do prowadzenia bieżących wojen politycznych, wymyśla przedmioty, które mają uczyć patriotyzmu, jak HiT (historia i teraźniejszość), doraźnością usiłując przykryć, że zmarnowano te siedem lat całkowicie.

Czytaj więcej

Cisza przed wielką burzą w szkołach. Związki zawodowe przymierzają się do protestu

PiS chciało przywrócić klasyczne myślenie o edukacji, by szkoła stała się miejscem formowania świadomych obywateli, nauki patriotyzmu, promowania pewnych postaw i ideałów. Jednak by to osiągnąć, trzeba było zacząć przede wszystkim od podniesienia społecznej rangi zawodu nauczyciela. Bajano coś o przedwojennej szkole, zapominając, że przedwojenny nauczyciel cieszył się szacunkiem i relatywnie wysokim statusem społecznym, również materialnym. Gdy o swoje pensje upomnieli się kilka lat temu nauczyciele, PiS uznało to za ruch polityczny.

Tymczasem nie da się zmian programowych robić na przekór środowisku nauczycielskiemu, tak jak nie da się reformować sądów na złość sędziom. Szkoła nie będzie ważną instytucją w państwie, jeśli początkujący nauczyciel zarabia pensję minimalną. Dla konserwatywnej prawicy celem powinno być wzmacnianie rodzin, szkoły i troska o szacunek dla Kościoła. Tymczasem po siedmiu latach jej rządów dzietność po lekkim odbiciu w 2017 r. zaczęła pikować, szkolnictwo znajduje się w zapaści, Kościół przeżywa bodaj najgłębszy kryzys po II wojnie światowej, społeczeństwo zaś laicyzuje się w najszybszym tempie w historii.

I to jest miarą klęski, którą przyniosły te rządy. Klęski z punktu widzenia osób, którym bliskie są prawdziwie konserwatywne ideały i instytucje, nie zaś prawicowy populizm podlany nacjonalistycznym sosem.