Statystyki dotyczące demografii to tylko lustro rzeczywistości. Odbijają fakty, ale niekiedy na ich podstawie można przewidzieć trendy. Obraz przełomu ostatniego roku nie tylko w Polsce jest dramatyczny. W wielu krajach dotkniętych zarazą liczba zgonów zdecydowanie przewyższa liczbę urodzeń. W od dawna dotkniętej kryzysem Japonii bije się na alarm. Milionowi zgonów towarzyszyło w zeszłym roku tylko 800 tys. urodzeń. W Europie klęska demograficzna straszy od dawna. Jeszcze przed pandemią, w 2019 r., na 28 krajów Unii przyrost populacji, czyli pozytywny bilans urodzeń, odnotowywało tylko 12 krajów. Negatywny – aż 16. W największym z nich – Niemczech – urodziło się tylko 778 tys., podczas gdy zmarło 940 tys. osób.

Przedpandemiczna europejska średnia relacja zgonów do urodzeń to 53 do 47. Pandemia tylko pogłębiła tę tendencję. W Polsce w IV kwartale 2020 r. odnotowano najwięcej zgonów od II wojny światowej, aż 60 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 r.

Taki jest obraz rzeczywistości. A trendy? Bez wątpienia rozziew pomiędzy liczbą zgonów i urodzeń w 2020 i 2021 r. będzie jeszcze większy. Nie znając logiki pandemii, odczuwając strach przed przyszłością, ludzie w wieku rozrodczym trzy razy się zastanowią, zanim zdecydują się na dziecko. Co prawda na śmiertelne skutki Covid-19 narażeni są głównie ludzie starzy, ale walce z wirusem towarzyszy osłabienie sektora usług medycznych. Czy w istocie nie należy traktować w takich czasach rodzicielstwa jako bohaterstwa?

Jedni się temu dziwią, inni załamują ręce. Dane statystyczne przerażają, ale przecież nie pierwszy raz. W czasie I wojny światowej, wskutek śmierci na frontach milionów młodych ludzi i towarzyszącej zmaganiom wojennym hiszpanki, średnia długość życia ludzkiego radykalnie się obniżyła. Równolegle doszło do postarzenia się żyjącej populacji.

II wojna światowa w naszej części kontynentu była tak dewastująca jak zarazy w wiekach średnich. Za każdym razem populacja się jednak odradzała. Zwłaszcza eksplozja demograficzna po II wojnie światowej i kolejne fale z lat 60. i 80. pomogły Polsce odtworzyć substancję narodową.

Czy po epidemii Covid-19 znów się podniesiemy? Naprawdę nie wiadomo, bo tragiczne trendy w demografii wyprzedzały epokę pandemii. Poza tym nie znamy ani daty wygaśnięcia epidemii, ani jej długoterminowych skutków. Trzeba się liczyć z tym, że trend starzenia się społeczeństwa i gubienia populacji się utrzyma. Co to znaczy dla państwa? Bez wątpienia kłopoty dla systemu emerytalnego. Chwilowe skrócenie średniej życia i większe wypłaty emerytur miną jak sen złoty. Pracująca mniejszość nie poradzi sobie z wypracowaniem emerytur dla niepracującej większości.

Czy jesteśmy na to skazani? Niekoniecznie. Jest tu szerokie pole do popisu dla państwa. To porzucenie iluzji o bezalternatywności programów typu 500+. Stworzenie za to prawdziwych mechanizmów wsparcia dla rodzących kobiet. Żłobki i przedszkola. Gwarancje ciągłości pracy. Mądra polityka migracyjna. Wsparcie dla emigrantów. Wspieranie małej i średniej przedsiębiorczości. To wzmocni demografię i wzmocni państwo. Rozgrzebywanie systemu emerytalnego, podzielam zdanie jego współtwórcy, prof. Marka Góry, tylko osłabi system. A trzeba go wspierać.