Średnia liczba zgonów w Polsce w latach 2015-2019 wyniosła – biorąc pod uwagę dane ZUS – 402 055 rocznie. W 2020 roku – pierwszym roku światowej pandemii – liczba ta wzrosła do 485 604, co oznacza, że była wyższa od średniej z lat przedpandemicznych o 83 549. 2021 rok był jeszcze gorszy – wprawdzie GUS nie podaje jeszcze kompletnych danych za miniony rok, ale z liczb umieszczonych w serwisie rządowym „Otwarte Dane” wynika, że w minionym roku, po raz pierwszy od 1945 roku, w Polsce zmarło ponad pół miliona osób – dokładnie 520 921. To z kolei liczba większa od wymienionej wyżej średniej o 118 866. Prawdziwa liczba ofiar epidemii w Polsce przekroczyła więc już 200 tysięcy. O tym, że jest ona znacznie większa od oficjalnie podawanej, mówią zresztą również epidemiolodzy. Liczba ta obejmuje zarówno chorych na COVID-19, jak i tych, którzy przez przeciążenie systemu ochrony zdrowia nie mieli szansy na ratującą życie diagnozę, tych, do których nie dojechała karetka, tych, których wizyta u specjalisty opóźniła się zbyt bardzo. Na COVID-19 nie ma jeszcze w pełni skutecznego lekarstwa, ale wiele z tych pozostałych osób można było uratować. Polskie państwo ich zawiodło.

200 tysięcy osób. To tak, jakby z mapy Polski zniknął Toruń. To liczba wyższa o 80 razy od liczby ofiar wypadków drogowych, do jakich dochodzi w ciągu roku w całej Polce. To cztery Stadiony Narodowe pełne ludzi. To ponad trzy razy więcej, niż wynosiła liczba poległych polskich żołnierzy w czasie Kampanii Wrześniowej. To katastrofa.

200 tysięcy osób. A przecież to nie koniec. Na horyzoncie widać już potężną falę, która w najbliższych tygodniach przetoczy się przez Polskę. Doświadczenia krajów Europy zachodniej pokazują, że będzie ona nieporównywalnie wyższa od tych, których świadkami byliśmy dotychczas. Zakażenie Omikronem przebiega łagodniej, ale wariant ten zakaża na taką skalę, że szpitale i tak zapełniają się chorymi na COVID-19. Widać to w USA, Wielkiej Brytanii, Izraelu czy Australii. Nasze też się zapełnią. I znów ktoś nie otrzyma na czas diagnozy, znów do kogoś nie dojedzie karetka, czyjaś wizyta u specjalisty znów opóźni się zbyt bardzo. Nie powinniśmy mieć złudzeń. Dziś Ministerstwo Zdrowia znów poinformowało o kilkuset zgonach. Jutro i pojutrze też poinformuje. O wielu innych nie poinformuje, bo nie będą to zgony bezpośrednio związane z COVID-19, choć przecież zmarli będą ofiarami tej samej epidemii. Cały świat okazał się bezradny wobec koronawirusa, ale tam, gdzie inni przegrywają, my ponosimy klęskę.

Czytaj więcej

Rzecznik rządu podał nowe dane. Z powodu COVID-19 zmarło niemal 700 osób

Co w tej sytuacji robi rząd, odpowiedzialny za zdrowie i życie Polaków? Kapituluje. Minister zdrowia opowiada w telewizji, że najważniejszy polityk w kraju, który nota bene w rządzie odpowiada za bezpieczeństwo Polaków, jest zwolennikiem powszechnych, ba – nawet obowiązkowych szczepień. I co? I nic, bo już np. małopolska kurator oświaty jest wobec obowiązkowych szczepień nauczycieli sceptyczna, że o posłance Annie Marii Siarkowskiej nie wspomnę. Posłowie partii rządzącej przygotowują ustawę pozwalającą pracodawcom weryfikować czy ich pracownicy są zaszczepieni, ale na razie nie są w stanie zrobić niczego więcej, poza jej przygotowaniem. Obostrzenia są, a jakoby ich nie było, bo wspomniany wcześniej najważniejszy polityk w Polsce przyznaje, że ogólnie nie ma sensu wprowadzać restrykcji, skoro nie da się ich egzekwować. Jedyną odpowiedzią na wszystkie bolączki, jest dostawianie kolejnych łóżek w szpitalach – przy czym owo „dostawianie”, to tak naprawdę zabieranie łóżek chorym na inne choroby. A przecież same łóżka nie mają magicznej mocy uzdrawiania. Lekarzy jest ciągle tyle samo, pielęgniarki są coraz starsze, ratownicy medyczni coraz bardziej wykończeni.

200 tysięcy osób. To tak, jakby z mapy Polski zniknął Toruń

Wojnę z wirusem prowadzimy jak Armia Czerwona, przerzucająca dywizję za rzekę i sprawdzająca, czy dywizja wróci. Jeśli nie wróci – to znaczy, że wróg za rzeką jest. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będziemy walczyć z Omikronem – poczekamy, aż szpitale się zapełnią, a potem opustoszeją. Gdy opustoszeją – to ogłosimy, że pokonaliśmy wirusa. Oddajmy zresztą głos ministrowi Adamowi Niedzielskiemu. Oto minister w TVN24 mówił, że nadchodząca fala "być może będzie ostatnią, albo jedną z ostatnich fal, ponieważ tak uodporni populację, nie wywołując dużych kosztów, że będziemy mogli nieco lepiej patrzeć w przyszłość”.

Czyli – jeszcze tylko jedna fala i wirus załatwi sprawę za nas, a potem wszyscy będziemy mogli pojechać na wakacje. Nie licząc tych kolejnych tysięcy osób, które będą miały mniej szczęścia.