Tej jesieni liderzy PiS nie będą dobrze wspominać. Opublikowany przez „Rzeczpospolitą" sondaż IBRiS jest kolejnym pokazującym spory spadek notowań partii rządzącej – i to aż o 6 pkt proc. Poparcie dla PiS spadło także w badaniach CBOS i Kantar. Wygląda na to, że albo propaganda PiS i jego medialnego otoczenia przestaje działać, albo jest w tak jaskrawy sposób rozbieżna z doświadczeniami Polaków, że zaczyna być przeciwskuteczna. Wydarzenia na granicy nie wydają się przysparzać PiS zwolenników. Chyba że dzięki nim spadek nie jest bardziej bolesny.

Skąd ta utrata popularności w sondażach? Ktoś może uznać, że powodem jest silniejszy kurs na prawo, łącznie z eksponowaniem sojuszu z takimi postaciami jak lider Marszu Niepodległości, ktoś inny wskaże wysoką inflację, jeszcze inny narastającą czwartą falę pandemii. Faktem jest jednak, że głównym atutem PiS w oczach jego wyborców było poczucie sprawczości. PiS składał obietnice – szczególnie te socjalne – i potrafił je spełniać, przez co upodmiotowił duże grupy społeczne.

Czytaj więcej

Sondaż: Złe prognozy dla rządzących. PiS stracił prawie 6 pkt. proc.

Dziś zaś wszyscy – w domu, w pracy, w windzie i autobusie – rozmawiają o drożyźnie, na którą PiS nie ma żadnego sposobu albo wręcz sam się do niej przyczynił. Rząd pozostaje też dramatycznie bezradny wobec pandemii. Apel marszałek Sejmu Elżbiety Witek o porozumienie ponad podziałami w sprawie walki z covidem jest dowodem tej bezradności i sprawia wrażenie, że partia władzy stała się zakładnikiem koalicyjnej prawej flanki.

Podobnie jest w polityce europejskiej. Rząd otrąbił wielki sukces, gdy wynegocjował dla Polski 770 mld zł. Tyle tylko, że część środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy została zablokowana. To też zasługa ostrego kursu w prawo, który pod szantażem Solidarnej Polski przyjął PiS. Wyborców nie interesuje jednak, kto kogo szachuje w obozie władzy, widzą tylko narastający konflikt z Brukselą, przez który Polska traci należne jej pieniądze.

Okazało się, że nie da się tego przykryć hasłem, że walczymy z Brukselą o suwerenność. Albo też wyborcy uznali, że to nie Polska jest atakowana ze wschodu i z zachodu, a nawet z południa (Turów), lecz że to PiS skłócił nas ze wszystkimi. I to mogłoby tłumaczyć, dlaczego nie działa efekt granicy, czyli jednoczenia się przy partii władzy w obliczu zagrożenia zewnętrznego. To zaś byłaby fatalna wiadomość dla PiS, który ewidentnie uważa, że sytuacja na granicy „spadła mu z nieba", by zacytować jednego ze spin doktorów rządu.