Nie ma co ukrywać: mamy wojnę. Niezbyt dużą, niezbyt jeszcze głośną, ale już z ofiarami, mobilizacją i wojenną propagandą. I strachem. Jej pierwszą ofiarą pada oczywiście prawda i trzeźwa ocena sytuacji. I cywile, którzy giną pierwsi. A z obu stron granicy rozwój sytuacji obserwują wodzowie. Pierwszy to potężny satrapa, chwytający się niczym koła ratunkowego zastępów ludzi poszukujących lepszego, bezpieczniejszego życia. Dzięki nim chce utrzymać dyktatorską władzę. Drugi to przywódca partii rządzącej w dużym europejskim państwie, który w obliczu spadku w sondażach, inflacji i konfliktu z Unią Europejską postanowił wykorzystać wist białoruskiego dyktatora. Dlatego nie poprosił o pomoc, nie wpuścił brukselskich urzedników i zamknął granicę przed mediami oraz pomocą humanitarną. Sam chce być przedmurzem.

Metoda konfrontacji, która zaczęła się w czerwcu 2021 r., wypróbowana była najpierw na Litwie i Łotwie. Ale tam się nie udało, nie było politycznej gry wokół granicy. Były za to media i Frontex. I czartery powrotne dla tych, którzy nie dostali azylu, a nie bagna w puszczy, jak u nas. Polska za to nadała się znakomicie. Niekończący się horror, zdjęcia na czołówkach i kompletny brak reakcji władzy w pierwszym okresie kryzysu. Problem nabrzmiał, na granicę przyjechali wolontariusze, medycy, pierwsze damy nawet. A rząd? Czytał sondaże i pokazywał fake zdjęcia, a potem zaczął budować mur.

Teraz przyszła więc kolej na fazę trzecią – konfrontację. Czy pójdziemy śladami Litwy, która potrafiła całą scenę polityczną zjednoczyć wokół spraw bezpieczeństwa? Już teraz widać, że raczej nie. Dalej będzie się toczyć rozgrywka. Czy poprosimy Unię o pomoc, jak chce ponad 80 proc. badanych w sondażu IBRiS? Nie, bo Unia to nasz wróg i chce rozpętać III wojnę światową, jak mówił polski premier. Łukaszenko może się cieszyć, bo Polska w tę konfrontację zabrnie. Będzie przedstawiana narodowi białoruskiemu jako faszystowski kraj, gdzie wyrzuca się kobiety i dzieci przez druty kolczaste. Obraz wymarzonego europejskiego azylu nad Wisłą ma zniknąć, bo Łukaszence przeszkadza.

Czytaj więcej

Janina Ochojska: Polska nie powinna się tak przed migrantami bronić

Sytuacja na granicy jest jednak nie tylko wynikiem działań satrapy z Mińska – to także efekt naszej słabości politycznej, prawie jak z końca XVIII wieku. Wykorzystywanej przez Łukaszenkę, a tak naprawdę Władimira Putina. Sprawnie, bez sentymentów i z dużym historycznym doświadczeniem.

Nie ma innej drogi wyjścia z tej wojny niż podzielenie się odpowiedzialnością: z całą sceną polityczną oraz z Unią Europejską i jej instytucjami. Doprowadzenie do sytuacji, w której na granicy zgromadzi się kilkanaście tysięcy migrantów i ruszą, poganiani wycelowanymi w plecy białoruskimi karabinami, przed siebie, będzie zbrodnią. Tu już nie wystarczy pomachanie tarczami i przepychanki z ludźmi przecinającymi drut. Czy wtedy minister Maciej Wąsik też dumnie powie, używając republikańskiego hasła z hiszpańskiej wojny domowej, „nie przejdą"? Tylko do czego się posunie, żeby nie przeszli?