Jeżeli Mateusz Morawiecki do spółki z Mariuszem Kamińskim czują się zmuszeni wprowadzić pierwszy w wolnej Polsce stan wyjątkowy, ponieważ – jak wynika z ich słów – nie ufają ani aktywistom domagającym się udzielenia pomocy uchodźcom koczującym w pobliżu Usnarza Górnego, ani opozycji, której politycy również pojawiają się w rejonie granicy – to powinni zadać sobie pytanie, dlaczego nie mogą im ufać.

Wspólnoty bowiem nie można budować tylko w czasie kryzysu. Rządowi udało się to wprawdzie na krótko w momencie uderzenia w Polskę pierwszej fali pandemii koronawirusa, ale Polacy skupili się pod rządowym sztandarem na krótko, po czym rozpierzchli się i wrócili do swoich szańców, gdy okazało się, że rząd przy okazji epidemii chciał „zorganizować” prezydentowi Andrzejowi Dudzie zwycięstwo w I turze wyborów i dość nietransparentnie dokonywał zakupów respiratorów i masek ochronnych.

Co do zasady jednak w Polsce nie buduje się wspólnoty – ponieważ buduje się dwie wspólnoty. Już w grudniu 2015 roku Jarosław Kaczyński rzucał do swoich oponentów, że „cała Polska się z nich śmieje”, a potem było już tylko agresywniej. Wyciszanie mikrofonów posłów opozycji w Sejmie, powtarzanie przegrywanych głosowań, odmawianie drugiej stronie patriotyzmu i regularne zarzucanie zdrady narodowej poprzez reprezentowanie interesów Berlina i Brukseli, strefy wolne od LGBT, owe pogardliwe „niech jadą” do protestujących lekarzy, zaostrzenie sporu o aborcję, gumkowanie historii, tak aby jedni (Lech Wałęsa) z niej znikali, a inni świecili jaśniejszym niż dotąd blaskiem – ta wyliczanka mogłaby trwać jeszcze długo. Gdy zaś ostatnio Donald Tusk zaapelował do rządu o dialog ws. kryzysu na granicy, wiceminister Marcin Horała odpowiedział mu, że jeśli chce pomóc to niech „nie zawraca głowy”. To kwintesencja tej wizji wspólnoty – wspólnotą jesteśmy my, a was możemy co najwyżej – niechętnie – tolerować.

Oczywiście opozycja też dobrze znajduje się w tej grze – kiedyś było zabieranie babci dowodu i „moherowe berety”, dziś „odpiłowywanie praw katolikom” i – bardzo częste – patrzenie z góry na elektorat PiS i protekcjonalne ubolewanie nad zacofaniem Polski poza wielkimi miastami, która – w tej narracji – tylko dlatego nie popiera opozycji, że jest niedojrzała, niewykształcona i ogólnie nieeuropejska. W ten sposób opozycja też mości sobie co najwyżej swój okop i – jeśli wygra wybory, co kiedyś w końcu się stanie – w sytuacji kryzysowej również nie będzie mogła liczyć na lojalność sympatyków swoich politycznych konkurentów.

Mariusz Kamiński ubolewał na konferencji prasowej, że na Łotwie społeczeństwo – w obliczu podobnej do polskiej sytuacji na granicy – zachowało się solidarnie i do kryzysu, takiego jak w Usnarzu Górnym nie doszło. Pewnie o taką solidarność byłoby łatwiej i w Polsce, gdyby przez sześć lat nie sugerować, iż każdy kto nie jest z nami to – w najlepszym wypadku – złodziej, a w najgorszym – zdrajca.

Racja stanu powinna być dla obu stron politycznego sporu ważniejsza niż doraźne polityczne spory. Tymczasem trudno odnieść wrażenie, że ona ważniejsza tylko bywa – na dodatek wyłącznie wtedy, gdy jest to politycznie użyteczne. W innym przypadku jest jak u Sienkiewicza, który pisał, że „Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągnie kto żyw naokoło” i chodzi o to, aby „z tego sukna (…) tyle zostało w ręku, aby na płaszcz wystarczyło”.

Na razie wystarcza.